"Walczących z komunizmem" było wielu. Specjalnie
wziąłem tę frazę w cudzysłów, gdyż gdyby dokładnie przeanalizować działalność
tzw. „legend opozycji”, to okazałoby się, że nie mają oni nic przeciwko
komunizmowi czy socjalizmowi (czym się różni komunizm od socjalizmu - zapytał
wnuczek dziadka? - Komuniści od razu strzelają w łeb, socjaliści męczą przez
całe życie - A. Gacparski), a chcą go tylko
poprawiać, pozbawiając "błędów i wypaczeń". To właśnie oni, opisani
przez Szpotańskiego „gęgacze"
odpowiadają za kształt „przemian ustrojowych” po 1989r, „grubą kreskę” i inne
patologie, których mroczne sekrety powoli zaczynają wydobywać się na światło
dzienne w miarę odtajniania archiwów nie tylko PRL-u,
ale i pookrągłostołowej republiki bananowej.
Janusz Szpotański jako nieliczny z
opozycjonistów nigdy nie dał się uwieść socjalistycznej ideologii - ten mistrz
szachowy był na nią genetycznie uodporniony. Wielu "pogromców
komunizmu" tak nasiąkło jego bakteriami, że są nosicielami do dziś nawet o
tym nie wiedząc i ciągle zarażają. Zachorowali nie tylko na głupotę, ale i na
chorobę znacznie gorszą – oportunizm. Szpotański nie
dał się sprostytuować – wyrzucenie ze studiów za „niewłaściwy stosunek do
ustroju” potraktował jako order i uczył się sam (języków, historii, ekonomii)
latami przesiadując w bibliotekach.
Przyjaciele "Szpota" nazywali go "ostatnim racjonalistą",
albowiem nigdy nie "łykał" żadnych haseł, patetycznych apeli,
"konieczności dziejowych" i innych tandetnych sloganów. Z
cierpliwością i dokładnością zegarmistrza rozbierał je na kawałki, analizował
swoim chłodnym umysłem wyposażonym w rzetelną wiedzę (ekonomiczną, historyczną)
i czyste sumienie, po czym bezlitośnie je ośmieszał, korzystając z danego mu
przez Boga talentu, dzięki czemu możemy - niemalże co zdanie wybuchając
śmiechem - uczyć się socjalizmu - od teorii, do praktyki. Fragmentami nie jest
to może poezja najwyższych lotów, ale nie brakuje kawałków godnych prawdziwego
geniusza - zwłaszcza te opisujące działanie systemu. Albowiem dokonać tak
rzeczowej analizy systemu socjalistycznego, wszystkich niuansów dotyczących
skomplikowanych zależności między zwykłą głupotą, a czystym złem i to jeszcze
mową wiązaną, i z takim humorem, mógł tylko geniusz. Doceńmy to, zwłaszcza w
sytuacji, gdy do tej pory miliony ludzi nie potrafią najprostszymi słowami
wyartykułować, dlaczego socjalizm jest zły i jak rozpoznać jego trujące
bakterie. Dzięki "Szpotowi" możemy połączyć
przyjemne z pożytecznym, bowiem socjalizm jest wiecznie żywy i wciąż obecny
wśród nas, podobnie jak hordy Szmaciaków, których wyhodował, więc ta nauka na
pewno nam się nie raz przyda, niestety...
Janusz Szpotański
przedstawia
TOWARZYSZ
SZMACIAK
CZYLI
WSZYSTKO DOBRE, CO SIĘ DOBRZE KOŃCZY
Straszny miał dzień towarzysz
Szmaciak.
Ach, wprost odchodził
od rozumu,
kiedy uciekać musiał
w gaciach
ścigany wyzwiskami
tłumu.
Zewsząd sypały się
kamienie,
boleśnie bijąc go w
siedzenie.
Na szczęście było
—jak już wiecie —
tajemne przejście w
komitecie.
Jeszcze ze strachu
nie ochłonął,
a za nim już komitet
płonął
i płonął w jego
gabinecie
największy
porno-zbiór w powiecie.
Wielka to strata! Bo,
widzicie,
Szmaciak — koneser i
esteta —
pozycje stamtąd
wcielał w życie
na licznych schadzkach
i baletach.
Lecz cóż tam slajdy!
Pies je jebał!
Grunt, że się z tego
sam wygrzebał!
Bo na cóż mu tam
seks-figury,
gdy sam zamieni się w
dym bury.
Teraz w swej willi
siedzi Szmaciak.
już w spodniach w
prążki, a nie w gaciach,
owinął przy tym się
szlafrokiem
i pije scotch z wiśniowym sokiem.
Pije, bo się
straszliwie martwi
pod kątem własnym i
przyszłości
i bardzo źle myśli o
partii,
a kierownictwie w
szczególności.
„Coś się ta ryba nam
od głowy
zaczyna psuć, bo, rozumicie,
środek jest prima,
dół jest zdrowy,
znaczy się: nie gra
coś na szczycie.
Już drugi raz zawodzi
góra.
Gdy krzyk się robi,
dają nura!
A ty się tutaj
gimnastykuj
z masami sam na sam
na styku!
Wytycznych brak i
pytam ja się,
a co z milicją jest w
tym czasie!
Jak nie trza, to się wszędzie szwenda,
a tera znikła po
komendach.
Już się pod gmachem
motłoch zbiera,
na mieście straszny
szum i draki,
a tu nikt ognia nie
otwiera —
gdzie się podziały KaBeWiaki?
Pytanie, czyja to
robota!
Bo coś mi się tak
teraz widzi,
że w KC znów
rewizjoniści
podnoszą łeb lub inni
Żydzi.
Tak, niewątpliwie Żyd
się zakradł
i teraz ciągnie
gdzieś za sznurek!”
Tu Szmaciak znowu
golnął scotcha
i na zakąskę zjadł
ogórek.
„To już się psuje nie
od dzisiaj!
Odkąd zgnoili
Mieczysława,
a Franek tyż z tej puli wysiadł
zaczęła śmierdzieć
cała sprawa.
Przez zemstę Żyd tak
rozzuchwalił
to całe pierdolone
chamstwo!
Cóż będziem tam dyskutowali!
Trza tylko widzieć fakty,
jak są!
Przykłady? Są! Mój
kumpel Zdzicho
nieletnią dorwał na balecie.
Stawiała się, więc
dał w pyszczycho,
poza tym komilfo był. Wiecie.
Za to, że uniósł się
troszeczkę,
dał jej rajstopy i
bluzeczkę.
I co? Myślicie —
koniec sprawy?
A skąd! Wzywają do
Warszawy!
Taki tam rozdmuchali
skandal,
że całkiem wykończyli
chłopca,
bo musiał odejść z
propagandy
i dziś jest u nas za
kaowca!
I drugi przykład: Felczak, wiecie,
drugi sekretarz w
Komitecie,
przez plener pruje
swoim fiatem
z szybkością stu, jak
zwykle. Raptem
na szosę włażą dwa
bachory.
Więc stuknął je, bo
byłby chory,
jeżeli zjechałby na
boki.
Tam, proszę ja was,
spad wysoki.
Zgniótłby przód
sobie, zdarł błotniki.
Jaki się podniósł
rejwach dziki!
Cudem nie poszedł do
więzienia.
I nie uniknął
przeniesienia.
I trzeci przykład: Wzięlim chamów
raz do nagonki na
zające.
Patrzę: kumpel już
sześć ustrzelił,
mój cham wałęsa się
po łące!
Tak zdenerwował mnie
chamisko,
że mi zwierzyny nie
nagania,
żem doń wygarnął — ot
i wszystko!
Wypadek podczas
polowania!
Żebym go chociaż
mocno zranił!
Lecz ja go tylko
śrutem w tyłek!
Gdyby nie interwencja
Tępy,
starliby mnie tam w
proch i w pyłek!
Do czego doszło? Żeby
szlachtę
przed sądy pozywały
chłopy!
To cud, że jeszcze za
koncesję
prywaciarz nam odpala
hopy!”
Tu znowu golnął. Że
się wkurwił,
poprawił trzema. Raz
za razem.
We łbie mu trochę
zaszumiało.
Jest, jak to mówi
się, pod gazem.
Więc się rozrzewnił
nad swą dolą:
„Za co, się pytam —
woła —za co
wypróbowanym
towarzyszom
tak złem za wierną
służbę płacą?!
Galeria „Szmaciaków” – pokolenie
I Bolesław Bierut

Chłopięciem będąc, ja
w ZWM
ogniową przechodziłem
próbę
i z narażeniem, na
plebana
donosy przynosiłem
UB.
Potem, gdy wciągnął
mnie aparat,
szczególnie zaś
referat rolny,
jakżem ofiarnie
walczył z stonką,
sówką chojnówką, żukiem polnym!
Także na polu rozkułaczeń
niemałe miałem
rezultaty!
Twardo ściągałem kontyngenta:
kto nie chciał dać,
to zara baty!
A później, kiedy
zmienił kurs się,
to kto bez żalu i
szemrania
do zjednoczenia
PGR-ów
poszedł na szefa
planowania?!
Z jakim to materiałem
ludzkim
jam się użerał—cóż wy
wiecie! —
zanim mnie Rysiek tuż
przed Marcem
tu nie osadził na
powiecie?!
Spokojnie było. Choć
syjonizm
także zapuścił swe
korzenie
i Pawlak, personalny
w ZG,
był Żyd, choć się
zaklinał, że nie!
Na ogół jednak szafa
grała,
bo choć kombinat
tutaj mamy,
nie było żadnych
strajków w grudniu
i cały czas tyrały
chamy.
Potem pod hasłem
«Pomożemy!»
szukalim, wiecie, tych
miliardów.
Niestety! Nic my nie
znaleźli.
Przecie tu Pcim, nie
wyspa skarbów!
A jak umieli my dla
władzy
wpoić tu posłuch,
respekt, miłość!
Do czerwca bieżącego
roku
żadnych warchołów tu
nie było!
Więc człowiek rósł i
szedł do góry,
ukończył studia bez
matury,
niejedno dostał
odznaczenie.
I nagle — takie
zaskoczenie!”
Szmaciak się znowu
wkurzył wielce
i zaczerwienił się na
karku.
Że widać było dno w
butelce,
po „żyto” sięgnął
więc do barku.
„Żyto” jest ostre.
Gdy przez przełyk
przeszła mu tego
„żyta” struga,
Szmaciak się jeszcze
bardziej zeźlił
i teraz na całego
ruga:
„Do kurwy nędzy! Wy ciapciaki!
Matoły, koły! Wy barany!
Do czegośta doprowadzili
ten nasz ludowy kraj
kochany!
Ludzie, powiedzta, komu służem!” —
Tu straszny rzucił im
epitet. —
„Kto słyszał — pytam
— żeby motłoch
podchodził w Pcimiu
pod Komitet?!
Co więcej, on go
nawet spalił,
spalił go, mówię,
żywym ogniem.
A mnie, sekretarzowi
swemu,
ściągnęli kurtkę, jak
i spodnie!
Kto tak rozbestwił tę
hołotę?!
Ten foks ze Śląska —jakiż to wał!
Wiesiek, gdy raz mu
zaszurali,
to on się chociaż
konfrontował!
I gdyby Grzesiek
zdołał jeszcze
te stocznie
zbombardować, toby
motłoch nie właził
nam na głowy
i człowiek czułby się
bezpiecznie.
A tak, to aż się
chamy trzęsą,
lecz nie ze strachu,
a z wściekłości —
więc albo dajta im to mięso,
albo też im połamta kości!
Trzeba się na coś
zdecydować.
Bo tak, to tylko
można wściec się!
Proszę, ja mogę być leberał,
tylko wy o tym mnie
powiedzcie!
Musi być jakaś
dyrektywność,
nie to dreptanie w
miejscu wieczne,
bo tak, to kadra się
załamie,
co może stać się
niebezpieczne.
Dzwonię ja dzisiaj do
Maczugi —
Maczuga to komendant
MO —
i go się pytam: «Co
jest, Wacek?»,
a on mi pieprzy nie
na temat!
No wiecie, robić w
tych warunkach —
przecież to żałość
jest i smutek!
Cóż to, mam dla ich
przyjemności
Ordona robić tu
redutę?!
Przyszłość ja widzę
całkiem czarno,
to może skończyć
bardzo źle się...”.
Więc dla kurażu
chlusnął w gardło,
tak wprost z butelki,
ze dwie trzecie.
Coś jeszcze bredził,
coś bełkotał,
ale powoli ostygł
zapał.
I Szmaciak zsunął się
z fotela,
rozdziawił gębę i
zachrapał.
Śpi ciało. A
tymczasem dusza
w mroczną krainę snu
wyrusza.
Sen to dziedzina
zagadkowa,
niejedną
niespodziankę chowa,
bo choć udaje często
jawę,
rządzi się jednak
własnym prawem,
będąc zaś tylko
urojeniem,
zawsze ukryte ma
znaczenie.
Śni Szmaciak sen
zgoła banalny:
budzi we własnej się
sypialni,
ale mu bardzo ciąży
głowa.
Wiadomo, pił, to
rzecz nienowa.
Picie, jak o tym
dobrze wiecie,
jest zawsze w modzie
w komitecie.
Po piciu kac jest,
puchnie ryło...
Więc jakby nic się
nie zdarzyło,
Szmaciak, że jest w
działaniu prędki,
zrywa się, biegnie do
łazienki,
by tam dokonać
toalety,
staje przed lustrem i
... o rety!
Nie może być!
Przeciera oczy,
myśląc, że kac go
jeszcze mroczy.
Potem paznokcie w
ciało wbija,
lecz wszystko na nic!
Widzi ryja!
Ogląda w lustrze ryj
krytycznie —
no, nie jest znowu
tak tragicznie!
Od twarzy znów tak
różny nie jest!
Więc gdy poleje go yardleyem,
da na to krem, a
potem puder,
odróżnić będzie można
z trudem.
A zresztą kładzie na
to lagę!
On przecież w Pcimiu
ma powagę
i tak jest wielka
jego władza,
że tych, co będą
nosem kręcić,
przepędzi zewsząd i
powsadza —
ma ryj, lecz ma go z
własnej chęci!
Tu bardzo groźnie coś
zachrząkał
i z wielkiej złości
puścił bąka.
„Tera już całkiem
świnia jestem!” —
oświadczył lustru z
dumnym gestem.
Do Komitetu! Rządzić!
Władać!
Zaleźć za skórę! Bobu
zadać!
Niech płaszczą się
przed groźnym wieprzem!
„A i płaszczącym się
przypieprzę!”
Tu, jak to często we
śnie bywa,
wątek znienacka się
urywa.
Szmaciak jest w
Pcimiu. Zlany potem
do KW pruje na
piechotę.
Czemuż nie pędzi
czarną Wołgą
z szoferem, patrząc
zza firanek
z pogardą na rozlazłe
miasto?
Ach, sny są pełne
niespodzianek!
Miasto zaś nie jest
dziś rozlazłe —
i idąc mija grupki
ludzi,
w których — o zgrozo!
—jego wygląd
niezwykle rozbawienie
budzi.
„Palcem mnie
pokazują, chamy! —
myśli ze złością—
Ach, wy, śmiecie,
jeszcze ze sobą
pogadamy,
kiedy zasiądę w
Komitecie!”
Lecz tak kapryśna
jest snu fala,
że wciąż Komitet mu
oddala.
O! już za rogiem się
wyłania,
gdy wtem go senna
mgła pochłania.
Szmaciak się nagle
znalazł w tłumie,
tłum krzyczy coś, on
nie rozumie,
jest przerażony i
wstrząśnięty.
Nagle spostrzega
transparenty:
„PRECZ Z SAMOWOLĄ
APARATU!”
i „WŁADZA DLA
PROLETARIATU”,
i „ŚMIERĆ KRWIOPIJCOM
KRWI ROBOCZEJ”,
aż z orbit mu wyłażą
oczy
i latać mu zaczyna
grdyka.
Nagle ktoś palcem go
wytyka,
tłum nań napiera,
krzycząc: „Sznura!”
Na szczęście zdążył
dać w czas nura.
Sen szybko swe obrazy
zmienia.
Szmaciak już nie drży
z przerażenia,
ale jest w środku w
Komitecie,
i to we własnym
gabinecie.
Lecz — rzecz to
całkiem niepojęta —
jest w charakterze
tam petenta,
za biurkiem zaś nie
siedzi Szmaciak,
ale ubrany w brudny
waciak
Deptała, majster z
Kombinatu.
„O, Matko Święta! Ty
mnie ratuj!” —
pomyślał Szmaciak, bo
z Deptałą
niejedno mu się
rymowało.
Deptała to osobny
rozdział
w życiu naszego
bohatera.
Niejeden raz tego Deptałę
on zdeptał już i
sponiewierał.
Pierwszy raz zetknął
się z Deptałą,
gdy Nowe na wsi
zaświtało
i kiedy oddał się w
całości
szerzeniu wiejskiej
spółdzielczości.
Chłop ciemny nie
chciał do kołchozu
i gad kułactwa
wznosił głowę,
trzeba więc było
zastosować
metody ostre i
surowe.
A że ruch musiał być
oddolny
i całkowicie
dobrowolny,
musieli dzielni z UB
chłopcy
często pejzanów brać pod obcas.
Więc Szmaciak
jeździł, chłopów zbierał,
a gdy się któryś zbyt
opierał,
to tak go długo kopał
w nery,
aż wzbudził w nim
entuzjazm szczery.
Niestety we wsi Wądół
Kaczy
z nasieniem zetknął
się sobaczym.
Tępy, uparty chłop
Deptała,
choć brać ubecka tęgo prała,
a nawet mu duszono
grdykę,
psuł Szmaciakowi
statystykę.
Szmaciak się zawziął
nań okropnie
i pewny był, że swego
dopnie.
Tak też się stało.
Gdyż fortuna
odważnym sprzyja.
Wielka łuna
rozbłysła nagle nad
Wądołem
i ogień z hukiem żre
stodołę.
Płonie stodoła w PGRze,
pusta zupełnie,
mówiąc szczerze,
bo kiedy nadszedł
okres siania,
wszyscy chodzili na
zebrania,
więc cały zapas, co
był, ziarna,
już nie, że wroga
stonka zżarła,
ale go zwykłe szare
myszy
skonsumowały w
wielkiej ciszy.
Wiadomo, ognia bez
przyczyny
nie ma. Jak jest, to
z czyjejś winy.
Wróg niewątpliwie go
podłożył,
wróg, bo go Nowe we
wsi trwoży,
więc udaremnić chce
nam zbiory,
pola zamienić zaś w
ugory,
by miast
spółdzielczych jasnych łanów
kwitła tu znowu
władza panów.
Ten wróg ohydny to
Deptała!
Wsi czarna owca i
zakała!
Z kim w zmowie był,
wykaże śledztwo!
Natychmiast do Urzędu
wlec go!
Już czeka dzielnych
chwatów czwórka:
Szmaciak, Maczuga,
Buc i Rurka,
trzech jest w
cholewach i w mundurze,
a Szmaciak jako cywil
w skórze.
Chłop już ocieka
zdrowo juchą,
bo jak go wieźli,
dostał w ucho.
Strasznie to chłopców
rozczmuchało,
że pobrał już
zaliczkę małą.
„Zaraz dostaniesz
resztę, wszarzu!” —
wykrzyknął z
rozbawioną twarzą
Maczuga — i jak nie
doskoczy —
i lu
go pięścią między oczy!
A potem Buc, a za nim
Rurka
i Szmaciak. W końcu
cała czwórka
prała go, że aż szło
dudnienie:
to w nery kop!, to w przyrodzenie!,
to w zęby!, w żebra!
Aż sapali
z wielkiej emocji — i
wciąż prali.
Wreszcie się
wyczerpała werwa.
Na papieroska mała
przerwa.
Z rozkoszą dym
wciągają w płuca,
Szmaciak już jakiś
żarcik rzuca...
Patrzą, co dzieje się
z Deptałą,
i aż ze śmiechu ich
zatkało,
bo widok był
niezmiernie draczny:
po ziemi pełzał cham
pokraczny,
znacząc po sobie ślad
posoką,
a z gęby mu spływało
oko.
Wszyscy dostali
odznaczenia
za wielce bohaterski
wyczyn
i Szmaciak szybko
szedłby w górę,
gdy nagle z
niepojętych przyczyn
wszystko raptownie
się odmienia.
Cofają dawne
odznaczenia,
jest czystka w rolnym
referacie,
unieważniają
nominacje,
o dzielnym mówią zaś
Urzędzie,
że w wypaczeniach
trwał i błędzie.
Szmaciak był blady, w
nerwach cały.
Przyszło zwolnienie dla
Deptały —
i ten zakała, wróg
niedawny,
zaczynał być w
powiecie sławny,
bo dostał rentę
niewysoką
i na koszt państwa
szklane oko.
Na szczęście były w
partii siły,
co kres tej orgii
położyły.
„Owszem, przegięto
nieraz pałę,
ale zasługi tyż niemałe
w minionym mieli my
okresie,
totyż wydaje słusznym mnie
się,
aby nie tolerować
dłużej
krytyki, która wrogom
służy.
Że był niesłuszny
kult jednostki,
wyciągniem z tego słuszne
wnioski
i zmienim
politykę rolną,
lecz ludzi krzywdzić
nam nie wolno!”
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Józef Cyrankiewicz
Tak, strach ma zawsze wielkie oczy.

Nie dawać mu się!
Więcej męstwa!
I Szmaciak znowu
pewnie kroczy
po nowe laury i
zwycięstwa.
Bez żalu rzucił Wądół
Kaczy,
na los już więcej nie
sobaczy,
wie, że mu partia
ufa, a to,
z sowitą łączy się
zapłatą.
Już z nowym wrogiem
toczy walkę,
już ma lodówkę,
wózek, pralkę,
żoneczkę — tłustą badylarę
i z nią rozkosznych
dziatek parę.
Pruje ku górze,
rośnie w piórka,
zajmuje coraz lepsze
biurka,
wreszcie w kolejnej
czas odnowy
staje się władcą
powiatowym.
Że Szmaciak jest
kombatant sławny,
ściąga do Pcimia
kumpli dawnych,
na stanowiskach ich
osadza,
przez co się bardzo
wzmacnia władza.
Maczuga jest milicji
szefem,
Rurka, że ma na karku
głowę,
jest dyrektorem
kombinatu,
a Buc ma związki
zawodowe.
Kombinat Szmaciak nie
bez racji
uznał za teren
kombinacji
i razem ze swych
kumpli trójką
stał się naczelną
jego dójką.
W systemie
centralnego planu
prosta dojenia jest
technika,
bez żadnych bowiem
ograniczeń
można tu doić
robotnika.
Nad tym, jak doi się
centralnie
przez plany, normy,
płace, ceny,
nie trzeba wcale się
rozwodzić,
bo wszyscy to
dokładnie wiemy.
Lecz w tym tkwi całej
rzeczy sedno:
doić dla góry to jest
jedno,
a drugie: „No, kochani
moi,
dla siebie trzeba tyż podoić!
Nie po to znieślim kult jednostki,
by bogaciły się
jednostki,
zaś równość na tym
się zasadza,
aby doiła wszelka
władza!”
Każdy tak doi, jak
potrafi,
zależnie od formatu
główki.
Maczuga, że zbyt bystry
nie jest,
doi nachalnie, przez
łapówki;
Buc, który jest na
forsę łasy,
sprzedając
prywaciarzom wczasy;
zaś w Rurce nędzne
ich dojenie
budzi po prostu
obrzydzenie.
Rurka jest głowa i
zna życie,
wie, że by doić
należycie,
trzeba się włączyć
bez wahania
w centralny system
planowania.
Jako tłocząco-ssącą pompę
widzą ten system jego
oczy,
która jak gigantyczne
serce
pompuje z dołu, z
góry tłoczy.
Z dołu ssie pompa
ludzką pracę
bardzo zachłannie,
metodycznie,
by ją przerobić w
swych komorach
na płace oraz
inwestycje.
Płace spływają wąską
rurką,
a inwestycje — wielką
rurą,
co jak najściślej
jest związane
z systemu celem i
naturą.
Nie temu bowiem
system służy,
by prolet gnuśniał w dobrobycie,
lecz aby wizje
gigantyczne
tytanów myśli wcielać
w życie.
Lecz wizje te pełne
poezji
nie podniecały wcale
Rurki.
„Poezji — mawiał — to
nikt nie zji!”
Jego zaś obchodziły
kurki.
Rurka od dawna snuł
marzenia,
aby w centralną sieć
dojenia,
gdzieś w plątaninie
rur i rurek
malutki zamontować kurek.
Lecz choć tak bardzo
o tym marzył,
to sam się nigdy nie
odważył
i kiedy inni wielkie
krany
wkręcali w rur
systemu ściany,
wciąż trwał w bezczynie i niemocy,
o małym kurku śniąc
po nocy.
Lecz oto karta się
odwraca:
do Pcimia go przyzywa
Szmaciak.
Tu Rurka, mając w
ręku wszystko:
kumpli, zaplecze,
stanowisko —
plus swoje własne
dobre chęci,
nareszcie w system
kranik wkręcił.
Kombinat był na
Pcimia miarę,
a Pcim — miasteczko
zapyziałe,
ot — większa wiocha,
tylko rynek
od wsi go różnił
odrobinę.
Na rynku — knajpa. W
dni targowe
chłop tam nad kuflem
zwieszał głowę
albo setkową, dużą stopką
wlewał do gardła pcimkę z kropką,
czyli spirytus z
kroplą wódki.
Gdy rozum stawał się
zbyt krótki,
straszliwe w rynku
mordobicie
mąciło gnuśne pcimian życie.
W Pcimiu też było
dwóch kowali,
co konie zręcznie
podkuwali,
był dekarz, co krył
papą dachy
i blacharz, który
robił blachy
do wozów chłopskich,
gdyż te wozy,
brnąc poprzez słynne
pcimskie piachy,
na kołach, aby ich
nie zetrzeć,
miały obręcze z
grubej blachy.
Obręcze pcimskie były
sławne.
Nawet w odległej
Dolnej Bździnie
wiedziały całkiem
małe dzieci,
że Pcim z obręczy
przednich słynie.
Taki był Pcim dawnymi
laty,
gdy na najwyższych
władzy piętrach
postanowiono, by
powiaty
tworzyły robotnicze
centra.
Nie uprzemysłowienie
jednak
było tu celem i
niezmiernie
myli się ten, co by
tak sądził —
bo to o dusz szło
inżynierię.
„Chłop jest
niezmiernie zacofany,
przez co posiada aż
dwie dusze,
stąd też w połowie
jest kułakiem,
w połowie zaś
proletariuszem.
Naszym zadaniem,
towarzysze,
jest poprzez
industrializację
wytrzebić w nim tę
pierwszą duszę,
natomiast drugiej
uznać racje.
Niech więc w zapadłej
każdej dziurze
zakłady wnet powstaną
duże,
najlepiej huty lub
kopalnie —
to byłoby wręcz
idealnie!
Zaś gdzie warunków
brak, powiaty
niechaj budują
kombinaty!”
Pcim słynny był z
wyrobu serów,
lecz ser dostarczyć
mógłby żeru
reakcji, co je sery w
poście.
W przemyśle ser jest
bez wartości .
Postanowiono więc
obręczy
do kół wytwarzać
długie serie.
Gdy władzę twórczy
szał ogarnie,
to nie ma dla niej
rzeczy trudnej —
upaństwowiono więc
blacharnię,
a blacharz poszedł
siedzieć w pudle.
A potem fury pełne
cegły,
wapna, żelaza i
cementu
brnęły przez piachy i
zaczęto
kłaść pod kombinat
fundamenty.
Tak rozpoczęła się
budowa,
zaś osobiście nią
kierował
pcimski sekretarz —
Piotr Wardęga.
Wardęga w Pcimiu był potęga,
działał szeroko i z
rozmachem,
więc gdy postawił już
na blachę,
to nie istniała w
Pcimiu siła,
co by go z drogi
zawróciła.
Wardęga próżny był
piekielnie;
chciał mieć kopalnie
i cegielnie,
chciał także wznieść
olbrzymią hutę,
lecz z głowy myśl
ktoś wybił mu tę,
tłumacząc długo, że
na furze
trudno przewozić
piece duże,
a zaś kopalnia w
Pcimiu piachu
nie potrzebuje wcale
dachu.
Dał więc Wardęga za wygraną
i w rezultacie
zbudowano
fabrykę gwoździ i
wyrobów
blaszanych — istny
raj nierobów.
Budowa trwała cztery
lata,
zmieniło się oblicze
świata,
zrodziły nowe się
pomysły
i z blach obręcze z mody
wyszły.
Lecz długość życia
raz wstawionej
do planu rzeczy jest
dziś sławna,
dlatego nie ma nic
dziwnego
w fakcie, że o tym,
iż od dawna
wozy już mają
ogumienie,
nikt nie pomyślał.
Dziś myślenie
przynosi tylko same
szkody
i wskutek tego wyszło
z mody.
Fabryka robi ciągle
blachy,
na które dawno nie ma
zbytu,
jednakże inny jest
referat
podaży, inny zaś
popytu.
Wyników ich nikt nie
uzgodni,
bo ileż by zajęło to
dni!
Zresztą odnośni
referenci
są wciąż czym innym
pochłonięci.
Produkcja idzie.
Puchną składy
i pcimian
strach ogarnia blady;
szczęściem na skutek
blach korozji
nie doszło w Pcimiu
do eksplozji.
Kiedy się Rurka
zjawił w Pcimiu,
kiedy zobaczył napis
szumny
i wszystko, co się
pod nim kryło,
pomyślał sobie:
„Gwóźdź do trumny!
Żegnaj, kariero, bo w
tym grobie
kariery nigdy ja nie
zrobię!”
Chciał uciec, się
usunąć w cień już.
Lecz oto — cóż to
znaczy geniusz!
Przelotna myśl o
trumnie, grobie,
nagle w bezcennej
jego głowie
w cudowny sposób się
kojarzy
z migotem świec,
blaskiem ołtarzy,
bogactwem i potęgą
kleru,
bezrefleksyjną wiarą ludu
i tajemniczym słowem
„przerób” —
genialny mózg dokonał
cudu!
Już ma koncepcję
oddojenia:
wszystkie te blachy
pozamienia
na medaliki i
krzyżyki,
ryngrafy, małe
ołtarzyki,
a każda blacha rozmieniona
to kolosalna wprost
mamona!
Rozkupią wszystko
księża, chłopi,
dewotki, młodzież,
nawet popi,
bo odkąd z klerem
trwa batalia
i święty obraz
porywają,
wzrósł popyt na
dewocjonalia
przeszło dwukrotnie w
całym kraju!
Tu Rurka poczuł się
jak Midas:
to, czego dotknie, w
złoto zmienia!
A choć nie wiedział,
kto to Midas,
wybornie sztukę znał
dojenia.
Zakład natychmiast
zwiększył plany,
już prol się po nim nie wałęsa,
lecz tyra wciąż na
cztery zmiany
za nie zmienioną
nędzną pensję.
Bo cóż właściwie się
zmieniło?
Jedynie blach do
wozów ilość.
Nie wykazano przecież
w planie,
że jakość też uległa
zmianie,
gdyż religianckie
talizmany
szpeciłyby laickie
plany,
poza tym mógłby
prokurator
dostęp do kranu
odciąć kratą.
Oparty o bezbożną
władzę
rozwija się interes
święty
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Edward Gierek
i
naszych dzielnych chwatów spółka

zgarnia krociowe
dywidendy.
Ach! nie masz to, jak
życie w Pcimiu!
Po prostu istna to
idylla!
W nowej dzielnicy Zbójnikowo
za willą się buduje
willa!
Powstał też w mieście
klub rajdowca,
nocny kabaret „Czarna
owca”
i, choć się o tym
mało słyszy,
przytulny puff dla towarzyszy.
Pewnego dnia do
gabinetu,
w ukłonach gnąc się,
wszedł Wylizuch,
ten z socjalnego, i
powiada:
„Ja, towarzyszu, w
sprawie zgryzu.
Zgryz mamy mianowicie
taki:
zgłasza się majster z
kombinatu,
że mu niesłusznie
wymówiono.
«To nie nasz resort —
mówię na to —
idźcie z tym do
prezesa Buca».
Buc takich to za kark
wyrzuca.
Lecz on już był i się
upiera,
że to jest sprawa
partii teraz.
«Wyście jest partia
robotnicza —
powiada — więc ja z
tej żałości,
jako że sam robotnik jezdem,
was prosić chcę
sprawiedliwości!»
Widać, że tępy jest
to pacan,
a tacy, mówiąc między
nami,
lubieją wciąż rozrabiać
wyżej,
więc proszę —
zdecydujcie sami”.
Szmaciak w
szampańskim był humorze,
wczoraj sukcesy miał nielada,
bo wygrał rajd do
Górnej Bździny
i szyku na balecie
zadał.
„Sprawiedliwości
szuka? Tutaj? —
krzyknął — A to
dopiero wariat!
Dajcie go! Niech me
oczy ujrzą
ten uciśniony
proletariat!”
Z radości aż zaciera
dłonie —
on tego chłopa zrobi
w konia!
Wysłucha; że się
przejął, uda;
a potem dziać się
będą cuda!
„U nas, widzicie, w
Pcimiu robol
nie jest bezczelny i
nachalny,
ponieważ tu panuje
jeszcze
dobry obyczaj
feudalny.
My tu z chamami
ceregieli
nie robim. A jak jakie śmiecie
zaczyna podskakiwać,
to go,
nim się obejrzy, z
miejsca zmieciem!”
Lecz sprawa tak z
pozoru łatwa
ni stąd, ni zowąd
wnet się gmatwa,
bo rzecz się
niesłychana stała:
do gabinetu wszedł...
Deptała!
Jak Makbet, kiedy
widmo Banka
stanęło przed nim
wśród biesiady,
Szmaciak z wrażenia
zaniemówił
i zrobił się
śmiertelnie blady.
Bo choć Szekspira nie
był znawcą,
lecz zawsze stropi
się oprawca,
kiedy znienacka mu
ofiara
swe żale się
wyłuszczyć stara.
Nie dziwno więc, że
doznał szoku.
Już dawno o wybitym
oku
i o wyczynach swej
młodości
zapomnieć zdołał. Te
wspomnienia
zaczęły go
niezmiernie złościć,
kiedy się wynurzały z
cienia.
Choć ciągle upatrywał
chlubę
w młodzieńczej swej
współpracy z UB,
pod wpływem własnej
propagandy
już zaczął wierzyć,
że to bandy
były straszliwe i
potężne,
z którymi boje
staczał mężne,
swe młode narażając
życie —
a nie bezbronnych
chłopów bicie.
I nagle drab, co
przed nim stanął,
wywleka prawdę nielubianą,
szczerbę w
przepięknym robiąc micie —
takie to figle płata
życie!
Szybko się jednak
opamiętał
i czujnie spojrzał na
petenta.
Nie trzeba wpadać
wprzód w wariację,
nim się rozpozna
sytuację.
Już maluteńki jego
móżdżek
jak bardzo sprawny komputerek
zaczął obliczać
błyskawicznie
rozlicznych
możliwości szereg.
Pierwsze pytanie się
wyłania:
Kto mu tu nasłał tego
drania?!
A potem drugie: W
jakim celu
zjawia się tu po
latach wielu?
Szmaciak nie wątpił
ani chwili,
że się w tym kryje
gdzieś intryga
i że nie zjawił się
przypadkiem,
żebrząc o łaskę, ten
dziadyga.
Przypadek byłby to
zbyt rzadki.
A czy w ogóle są
przypadki?
Prędzej ugryziesz
własny zadek,
nim trafisz w Pcimiu
na przypadek!
Szmaciak jest czujny.
Wszak niedawno
batalię stoczył w
Pcimiu sławną
o władzę, w której
starł Wardęgę —
pcimską wyrocznię i
potęgę.
Wykazał przy tym
wielką klasę,
wykończył bowiem go z
hałasem.
Jak? O tym jeszcze
mowa będzie.
Lecz choć się rozparł
na urzędzie,
choć był
wszechwładnym w Pcimiu panem,
to czasem budził się
nad ranem
w śmiertelnym
strachu, że Wardęga
podstępnie znów po
władzę sięga.
Ach, co tu gadać! To
dziadzisko
z niejednym bonzą
było blisko
i choć dziś był
zupełnym zerem,
jeżeli zwietrzyłby
aferę,
mógłby podesrać mu ohydnie,
bo to jest wredne,
mściwe bydlę
i ma tu wtykę, a ta wtyka
w Szmaciaka sprawy
nos wciąż wtyka!
Deptała, jak to stary
prolet,
ględzi bez ładu coś i
składu,
to żali się na ciężką
dolę,
to znów swe życie
opowiada,
jak gospodarzył, potem
przestał,
bo podpalono we wsi
szopę.
Szmaciak by go już
dawno zbeształ
i posłał za drzwi
tęgim kopem,
lecz wciąż ta myśl go
niepokoi,
że ktoś tu za tym
dziadem stoi
i nasłał tego tu
matołka,
aby wysadzić go ze
stołka.
Spokojna czaszka!
Bowiem takie
numery — to nie ze
Szmaciakiem!
Trza tylko kapnąć, w czym
jest zdrada,
a potem rozgnieść
tego gada!
Więc chociaż nudzi go
szalenie
rozwlekłe prolskie to ględzenie,
nadstawia ciągle
czujnie ucha,
pewien, że w końcu
się dosłucha.
Żeby się jednak dziad
nie strwożył,
na twarz łaskawy
uśmiech włożył
i spod tej maski
chyłkiem, boczkiem
świdruje go swym
chytrym oczkiem.
Deptała swą opowieść
snuje:
jak poszedł pracy
szukać w mieście,
jak się tam różnych
zajęć imał,
jak poszczęściło mu
się wreszcie
i los skierował go do
Pcimia.
W Pcimiu kombinat
powstał właśnie
i były tam wysokie
płace,
lecz brakło ludzi,
więc Deptała
natychmiast dostał
dobrą pracę.
Że się w robocie wnet
odznaczył,
posłano go na kurs
spawaczy.
Zły los więc wreszcie
się odmienił.
Deptała w Pcimiu się
ożenił,
bachorów spłodził
całą furę,
słowem, powoli piął
się w górę...
Lecz nie jest to fakt
bez znaczenia,
że rzeczywistość
wciąż się zmienia...
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I *Mieczysław Moczar

Po latach, hen, na
samej górze
dziać się zaczęły
rzeczy duże,
gdyż Bagno* ze swą
silną grupą
postanowili ruszyć
kupą.
Nie były wcale to
przechwałki.
Grupa za sobą miała
pałki!
Gdy nie stać cię na
długie noże,
pałką też wiele
zdziałać możesz.
Poza tym nóż to rzecz
germańska,
a pałka nasza —
prasłowiańska,
i pewien car tak
pałki lubił,
że się przydomkiem „Pałkin” chlubił.
Pod rząd łyknąwszy
trzykroć sto gram,
Bagno wysunął nowy
program,
w tym zaś programu
leżał ogrom,
że to nie program był,
a pogrom.
Gdy stary Gnom wciąż
na mównicy
wyliczał komy i
procenty,
Bagno i jego
harcownicy
chyłkiem włazili na
urzędy.
Mówiono nawet o nich:
„cisi”,
lecz im to określenie
wisi,
bo wnet pozycję swą
utwardzą,
a wtedy będą głośni
bardzo.
Najwyższy czas
zmienić aparat!
Wśród ciągłych
zebrań, swarów, narad
zgnuśniała całkiem
kadra stara,
a tu już czeka nowa
wiara,
zwarta i prężna, i
gotowa
wszystkich za mordę
wziąć od nowa!
Że atrakcyjność
starych zgasła,
wysuwa ona nowe
hasła.
Jej hasła: „Naród” i
„Koryto”!
Narodem oni są niby
to.
Cóż to za „oni”? Któż
to taki?
To jasne. Oni — to
Szmaciaki!
Kiedy powoli kraj
nasz cały
zbrodniczej bredni
cień pokrywał,
oni w tym cieniu
dzielnie rośli
jak grzyb trujący i
pokrzywa.
Szmaciaków wyhodował ustrój
ze trzy już chyba
pokolenia.
Pierwsze wkroczyło na
arenę
tuż po tak zwanym
wyzwoleniu.
Szeregi zasilając
partii,
czynili jednak to z
rezerwą,
bowiem nie byli
jeszcze pewni,
czy kiedyś za to nie
oberwą.
Lecz ustrój przetrwał
pierwszą próbę,
wstąpili zatem i do
UB,
albowiem mając szmal
na względzie,
gdzież lepiej działać
niż w Urzędzie?!
W Urzędzie dają broń
i władzę,
a wokół kraj jak
Zachód Dziki,
można więc dobrze
nabić kabzę,
i to w dodatku bez
ryzyka.
Szmaciaki, że nie
bite w ciemię,
na Odzyskane pędzą
Ziemie,
tam w wielki się
włączają szaber,
bo każdy z nich jest homo
faber.
A jeśli któryś z nich
był chory
lub jechać nie mógł z
innych względów,
to przecież ma na
miejscu dwory,
do których wkracza
się z Urzędu.
Rzecz jasna, że i dla
idei
potrzeba skopać
porcję nerek
lub za bezdurno w łeb czyjś strzelić —
wszak koszta każdy ma
interes.
Szmaciaki nie dla
przyjemności
łamią ci kości, duszą
grdykę,
ale dlatego, że ich byznes
ma taką dziwną
specyfikę.
Choć niebywały mieli
sprycik,
wciąż im trudności
sprawiał diamat.
Założyć można więc,
że tutaj
późniejszy się
zawiązał dramat.
Bo chociaż oni naszej
partii
tworzyli trzon
niezwykle zdrowy,
w wejściu na same
szczyty władzy
stale im
przeszkadzały głowy.
Szmaciak jest
urodzony praktyk
i nie ma serca do
teorii,
a wówczas tylko małamedzi
w partyjnej mogli
chadzać glorii.
Nie mogąc małamedom sprostać,
musieli wnet
kompleksów dostać,
bo jak nas uczy Freud
profesor,
w człowieku rodzi się
agresor,
gdy mu o sobie złe
mniemanie
nasunie z innym
porównanie,
gdyż nikt nie godzi
się z ochotą
z tym, że jest
zwykłym idiotą.
Ze wszystkich rzeczy
świata Szmaciak
tych dwóch
najbardziej nienawidzi:
pierwszą z nich jest
inteligencja,
a drugą zaś stanowią
Żydzi.
Dlatego, jak to wszem
wiadomo,
Szmaciaki duszą są
pogromów,
a także lubią „białą
rączkę”
przyprawić o
śmiertelną drżączkę.
Lecz chociaż było to
wiadomo,
niezwykle w partii
hołubiono
Szmaciaków pierwsze
pokolenie.
W poezji byli w
wielkiej cenie,
wszystkie partyjne
pięknoduchy
wielbiły ich w
spiżowych strofach
i w wierszach stale
się pojawiał
to zuchowaty z UB
chłopak,
to major, który
ciemną nocą
zadyszki dostał,
wroga grzmocąc,
i innych bojowników
roje —
Szmaciaki zaś
wiedziały swoje.
Tak się historii koło
kręci,
że najpierw są
inteligenci,
co mają szczytne
ideały
i przeobrazić świat
chcą cały.
Miłością płonąc do
abstraktów,
najbardziej
nienawidzą faktów,
fakty teoriom bowiem
przeczą,
a to jest karygodną
rzeczą.
Kochają Ludzkość i
Człowieka,
ale człowieka przez
„C” duże —
ideę, która buja w
chmurze;
toteż ich żywy
człowiek wścieka,
gdyż będąc tej idei
cieniem,
zarazem jest jej
wypaczeniem —
empiria bowiem bardzo
brudzi
teoretycznych,
czystych ludzi.
W świecie im nie
podoba to się,
że wciąż pogrąża się
w chaosie
i że nie rządzi nim
Zasada,
którą u podstaw się
zakłada.
Wielkim nieszczęściem
jest ludzkości,
że ma sąd błędny o
wolności,
bo stąd się zło
największe bierze,
że nie żyjemy w
falansterze,
lecz każdy pragnie w pojedynkę
zdobyć dla siebie
szczęścia krzynkę.
Oburzające to dążenie
gmatwa historii bieg
szalenie
i zwodząc ludzkość na
manowce,
uniemożliwia wszelki
postęp.
Wokół się dzieją
potworności,
szaleją dzikie
namiętności,
egoizm oraz zysku
żądza
straszliwe orgie w
krąg urządza,
odczłowieczona zaś
jednostka
o wspólne dobro się
nie troska
i w walce
jednostkowych racji
ulega całkiem
alienacji.
Ludzkość to całość,
jak wiadomo,
a nie zaś zbiór,
gdzie byle homo
może na własną rękę
rościć
sobie pretensje do
wolności.
Za filozofa idąc
radą,
nareszcie sobie to
uświadom,
że Wolność właśnie
tkwi w przymusie
i z entuzjazmem,
poddaj mu się.
By mogła zapanować
Równość,
trzeba wpierw wdeptać
wszystkich w gówno;
by człowiek był
człowieka bratem,
trzeba go wpierw
przećwiczyć batem;
wszystko mu także się
odbierze,
by mógł własnością
gardzić szczerze.
Ubranko w paski,
taczka, kilof
niezwykle życie ci
umilą,
a gdy już znajdziesz
się za drutem,
opuści troska cię i
smutek
i radość w sercu twym
zagości,
żeś do Królestwa
wszedł Wolności,
gdzie wreszcie
będziesz żył godziwie,
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Edward Ochab
tyrając
w twórczym kolektywie.

Tak sobie owi mędrcy
mili
wszystko przepięknie
wymyślili.
Lecz człowiek marną
jest istotą
i zamiast poddać się
z ochotą
ich światłym i
zbawiennym rządom,
hołduje starym wciąż
przesądom,
że zaś zepsuty jest
do gruntu,
ucieka nawet się do
buntu.
By można było
ludzkość zbawić,
trzeba się najpierw z
nią rozprawić,
bo tylko z morza krwi
i męczarń
zrodzi się
przecudowna tęcza.
Zatem do dzieła! Lecz
niestety!
Ci bezlitośni
myśliciele
tylko w teorii
poczynają
sobie tak dzielnie i
tak śmiele.
Bo chociaż zabijanie
ludzi
niezwykły w nich
entuzjazm budzi,
sami są tacy jak de Sade,
co ksiąg swych
własnych nie szedł śladem,
ale ponurym był
idiotą,
co piękne róże rzucał
w błoto.
Zanim więc wielką
rzeź rozpoczną,
wprzód gwardię muszą
mieć przyboczną,
która ich krwawe
fanaberie
będzie wcielała w
życie serio.
W trzasku gilotyn, w
salwy huku
ideał sięga wreszcie
bruku.
Muzyki miłej tak dla
ucha
w swym gabinecie
mędrzec słucha
i dumny, że dokonał
cudu,
myśli o gwardii: to
kwiat ludu!
Prawdziwi to
idealiści,
bo nie dla własnej
swej korzyści,
lecz dla przyszłego
szczęścia świata
spełniają szczytną
misję kata!
Tak myśląc, błąd
popełnia gruby,
zalążek swojej
przyszłej zguby.
Kto w szpony dostał
się hipostaz,
rzeczywistości już
nie sprosta,
bo spoza gęstej mgły
abstraktów
najprostszych już nie
widzi faktów;
nie jest więc rzeczą
nadzwyczajną,
że za kwiat cudny
bierze łajno.
A łajno śmierdzi,
łajno rośnie,
w terroru
przecudownej wiośnie,
aż w końcu staje się
potęgą
i coraz wyżej pragnie
sięgnąć.
Kiedy łaknący krwi
mądrala
zaczyna cały świat
rozwalać,
aby na gruzach tego
świata
urzeczywistnić sen
wariata,
gdy absolutnej chcąc
równości,
wszystkim dokoła
łamie kości
i nas pod straszne
jarzmo wtłacza,
by zniszczyć instynkt
posiadacza,
to jego wierni
pretorianie
mają odmienne nieco
zdanie
o swojej przyszłej
perspektywie —
czemu się zresztą
trudno dziwić.
Brudną i mokrą swą
robotą
przecież parają się
nie po to,
by takie odnieść stąd
korzyści,
że obłąkańczy sen się
ziści
i że im także głowy
utną
bowiem ten sen się
kończy smutno.
Przeciwnie — oni happy endu
pragną, więc boją się
obłędu.
Kiedy zwycięskie
toczą boje
ze straszną reakcyjną
hydrą,
to chcą mieć pewność,
że na zawsze
zdobędą to, co hydrze
wydrą.
Fanatyzm lśniący w
wodza oku
straszliwy budzi w
nich niepokój,
asceza zaś napawa
trwogą,
że im zdobycze zabrać
mogą.
I tak się oto kończy
sojusz
teoretyka z lumpem,
bo już,
gdy każdy własną chce
iść drogą,
powstaje problem: Kto
tu kogo?
O, Rewolucjo w
Permanencji —
tyś mrzonką jest
inteligencji,
a ten twój cały
krwawy przerób
daje rezultat równy
zeru!
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II

Szmaciak chce władzy
nie dla śmichu,
lecz dla bogactwa,
dla przepychu,
chce mieć tytuły,
forsę, włości
i w nosie przyszłość
ma ludzkości!
Więc czeka na
stosowny moment,
by stuknąć mędrca w
główkę łomem
i miast utopii
bezklasowej
zbudować nam
feudalizm nowy.
Nowy — choć przecież
z mędrca nauk
niejedno mu się
spodobało —
koncentrak choćby, czyli łagier
Szmaciak uważa wprost
za szlagier.
To także mu utkwiło w
głowie,
że ludzkość również
jest surowiec,
więc trzeba doić,
strzyc to bydło,
a kiedy padnie,
zrobić mydło.
z wszystkiego można
szmal wydostać,
tak jak za okupacji z
Żyda —
ach, jak ten trening
mu się przydał,
a teraz piękne wyda
plony
na cały naród
rozszerzony!
I tak socjalizm w
kraju naszym
osiągnął wyższe
stadium — faszyzm.
Ach! ten poemat mój —
rozdęty!
Trzeba w nim zrobić
remanenty,
trzeba połowę zeń
wyrzucić,
niejedno zmienić,
wszystko skrócić,
ten straszny bełkot
idioty
na poetyckie zmienić
wzloty,
ażeby stał się do
strawienia!
Lecz jak tu
rzeczywistość zmieniać?
Jak tu sfałszować
doświadczenie?
Nie! mowy nie ma! Nic
nie zmienię,
nic nie wyrzucę! Bo
widzicie —
poemat ten to samo
życie!
Dosyć dygresji. Czas
do rzeczy.
Chociaż rozsądek temu
przeczy,
Szmaciak się bardzo
zląkł Deptały.
Jego nieufny móżdżek
mały
opanowuje
podejrzenie,
że za tym wydarzeniem
błahym
ktoś groźny kryje się
szalenie,
kto poznał tajemnicę
blachy,
i gdy mu gęby się nie
zatka,
potworne złoży
doniesienie,
po którym urwie się
dojenie
i Szmaciak skończy
jak Zawadka.
Do diabła! Ten
półgłówek Rurka
wciąż sterczy przy
tych swoich kurkach,
nie wykazując nic
czujności!
Straszliwie to
Szmaciaka złości.
Przyjąć Deptałę do roboty —
przecież to pomysł
był idioty!
Czyżby już wyszło mu
z pamięci,
jak ten im pod butami
rzęził,
jak nagle strasznym
głosem zawył
i spojrzał na nich ślipiem krwawym?!
I on takiego trzymał
zbója!
O, Rurka, tyś jest
kawał chuja!
Lecz co się stało,
nie odstanie!
Teraz jest ważne
niesłychanie,
żeby coś tutaj
zachachmęcić,
niby okazać dobre
chęci,
parę obietnic złożyć
mgliście,
nawet dać awans
szantażyście —
sprawa jest przecież
oczywista,
że jest Deptała
szantażysta!
Inaczej by się tu nie
kręcił,
nie niuchał swoim
chamskim nosem,
co by tu można
wytargować,
ale poleciał wprost z
donosem.
A jeśli tym się
właśnie zdradzi,
że mu okaże nagle
serce?
Szmaciak się bardzo
zafrasował
i w wielkiej znalazł
się rozterce.
Jeśli on nie wie, że
jest w zmowie,
a tym awansem mu
dopowie,
że przy tych
złotodajnych kurkach
przyssany był nie
tylko Rurka?
Może by raczej zatem
donos
na Rurkę złożyć z
wyprzedzeniem,
że niby sam te kurki
wkręcił,
aby społeczne kraść
nam mienie?
Zmówić się z Bucem i
z Maczugą
i z mety do
więzienia, lu go!
Ale to byłaby afera!
Szmaciak by znów
ordery zbierał,
że taki czujny zeń
gospodarz...
Trochę tych kurków
wprawdzie szkoda...
Lecz jeśli ma karierą
płacić?
Trudno, niech trochę
lepiej straci,
a gdy
niebezpieczeństwo minie,
pewnie co znowu się
nawinie.
Kopernikańska ta
idea,
że krzyknie sam: „Łapaj złodzieja!”
i zwierzchność tym
zupełnie zmyli,
przechyla szalę w
jednej chwili.
Szmaciak już więcej
się nie waha,
już przed Deptałą nie ma stracha,
także i tego się nie
boi,
kto z tyłu za Deptałą stoi,
bo pogrążając
przyjaciela,
natychmiast siebie
tym wybiela.
Idiotyzm takiej
kombinacji
nie jest bynajmniej
rzeczą nową—
tak zawsze bywa, gdy
despotyzm
z kretyna się
sprzymierzy głową.
Że Rurkę zgnoi w
kryminale,
Szmaciak skrupułów
nie ma wcale,
bowiem wyznaje on
zasadę:
ja na lojalność lachę
kładę!
Owszem, gdy idziem jedną drogą,
to kumpel kumpla
zawsze kryje.
Drogi się jednak
rozejść mogą
a wtedy jest na
wierzchu czyje?
Jeśli wybierasz
wierzch, a nie dno,
w refleksie szybszym
leży sedno,
z tego więc względu w
gówno wtłaczasz
tego, co się nie
kapnie na czas.
Drogi rozeszły się,
więc teraz
niech ten, co frajer,
cięgi zbiera!
Szmaciak ma dość.
Ach, złości go już
ten podejrzany z
Rurką sojusz,
bowiem jak była o tym
mowa,
właśnie zaczęła się
Odnowa
i nasz bohater pójść
zapragnął
w kierunku, który
wskazał Bagno.
W tym czasie Bagno —
Polak szczery —
był pies straszliwy
na afery
i z krzykiem: „Polskę
Żyd rozkrada!”
mnóstwo swym wrogom
ciosów zadał.
W tropieniu
przestępstw gospodarczych
tak go szlachetny
poniósł zapał,
że opamiętał się
dopiero,
gdy się za własną
rękę złapał.
Omal nie potknął się
na mięsie.
Lecz w tym
nieszczęściu miał on szczęście,
że w porę zdjął
świadkowi głowę,
przez co mu całkiem
odjął mowę.
Swą dobrą ocaliwszy
sławę,
generał wzywa na
odprawę
wierną drużynę i tak
rzecze:
„Nic mi nieobce, co
człowiecze,
i dobrze o tym wiesz,
drużyno,
jak lubię baby,
śpiewy, wino,
palbę polowań,
biesiad rozgwar —
słowem, powiedzieć o
mnie można:
używam życia pełną
paszczą —
hucznie, z przytupem
i hulaszczo!
Lecz dziś nie pora na
zabawki!
Gra toczy się o
wielkie stawki
i wkrótce bitwa się
rozhula,
gdzie stawką będzie
cała pula!
Gdy ma nam paść PRL
do stóp,
zbrodniczym głupstwem
jest po prostu
roztrwaniać siły na
grabieże
tego, co się i tak
zabierze!
Robi to bardzo złe
wrażenie,
a ja morale mam dziś
w cenie,
ojczyznę, honor i te
rzeczy.
Chociaż to mej
naturze przeczy,
zwinąłem konto swe w Zurichu
(a mógłbym mieć je
wciąż po cichu),
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Władysław Gomułka*
bo
wiem, że w świecie pełnym złości

nie dość jest nigdy
przezorności!
Wszędzie mięsiste
węszą nosy,
w powietrzu kłębią
się donosy —
nie daj Bóg, dojdzie
coś do Gnoma*!
Przestanie bredzić
wnet o komach,
bo jak go znamy nie od
dzisiaj,
na punkcie afer ma on
hysia!
Nie upilnuje go
Walerek,
dymisji pójdzie zaraz
szereg,
będzie tupanie, i
gotowa
zawalić cała się
Odnowa!
By zwalczyć
Żyda-aferzystę,
musimy więc mieć ręce
czyste!
Zatem słuchajcie,
dzieci moje:
wstrzymajcie wy się z
tym rozbojem,
nim ostateczne
rozwiązanie
nie da nam Polski we
władanie!
Od dzisiaj żądam
cnoty od was
i daję generalskie
słowo,
że ten, kto
zlekceważy rozkaz,
zapłaci, jak Wawrzecki, głową!”
Te twarde słowa
generała
dotarły wkrótce i do
Pcimia
i Szmaciak sobie
zakarbował
w pamięci, że tu
żartów ni ma,
że interesa zwijać trza by...
Niestety! Człowiek
jest tak słaby!
Sił nie ma odciąć się
od cyca...
a zresztą, kogóż to
zachwyca?
Więc zamiast działać
gnuśniał błogo.
Wiele kosztować mogło
to go.
Na szczęście zetknął
się z upiorem
i się obudził w samą
porę.
Już gniewem płoną
oczka małe.
Już groźnie łypią na Deptałę,
już pierś mu wzdyma
oburzenie
na wredne, chamskie
to nasienie.
Myśląc, że bonza
wciąż łaskawszy,
Deptała, się nie
rozeznawszy,
o swojej krzywdzie
zaczął właśnie.
A Szmaciak nagle jak
nie wrzaśnie:
„Czego tu skamlesz,
ty ladaco?!
I tak za wiele tobie
płacą!
Znam ja was dobrze,
obiboki,
wy, socjalizmu
gonokoki!
Bo tylko syf się
wielki szerzy
z waszej gnuśności i
kradzieży!
Ty bumelancie!
brakorobie!
Cóż ty właściwie
myślisz sobie,
że mi tu trujesz o
wyzysku?!
Należy ci się,
lecz... po pysku,
boś jest śmierdzący
leń i łobuz!
Ach! Przydałby się
pracy obóz,
by tam powsadzać
część hołoty,
co nam interes psuje
złoty!
Czy wiesz, jak przez
to twoje draństwo
nasze ludowe cierpi
państwo,
jak na tym gospodarka
traci,
kiedy się władza
mniej bogaci?
Gdy kradniesz gwóźdź
lub drutu szpulę,
uszczuplasz przez to
całą pulę.
A pula nie jest do
kradzieży,
pula się cała nam
należy,
nam — czyli państwu,
Polsce właśnie,
bo my to polskie
państwo jaśnie!
My tutaj rządzim i my dzielim,
bez nas by wszystko
diabli wzięli,
dlatego — gdy się nas
okrada,
to właśnie jest
ojczyzny zdrada!
To jest potworność!
To ohyda!
To zbrodnia godna
tylko Żyda!
Ty ordynarna
kreaturo!
Jak śmiesz nachodzić
moje biuro
i opowiadać niecne
blagi
mnie, co państwowej
sprawy wagi
na głowie mam, mnie,
co od rana
o kolosalnych myślę
planach
i tak mój cenny mózg
wysilam,
że może trzasnąć lada
chwila?!
Czy wiesz, że ja mam
wielką wizję,
by stworzyć pcimską
telewizję,
a tam, gdzie dziś się
pasą owce,
zbudować PEWEX i
wieżowce?
Ty myślisz: Pcim to
zwykła dziura —
a ja tu zaplanuję
uran
i wielki przemysł
wnet powstanie!
Ja autostrady mam tu
w planie
do obu Bździn i do Psiej Trawki,
a także regulację Szczawki,
siłownię-gigant,
port, lotnisko,
muzea, uniwersytet —
wszystko!
Ja chcę Pcim
podnieść, uszczęśliwić,
ja chcę nim cały
świat zadziwić!
Lecz po cóż ja ci
mówię o tym?
Czyś ty jest zdolny,
ciemna maso,
co gonisz tylko za
kiełbasą,
zrozumieć, co to jest
patriotyzm?!
Gdy słyszysz
«Polska», co kojarzy
ci się z tym słowem,
o czym marzysz?!
Nędzniku, marzysz
wciąż o fusze,
a gdybyś miał
wznioślejszą duszę,
to pojąłbyś ten ogrom
zadań,
co na narodu barki
spada
i wnet ochoczo byś go
dźwigał!
Ale ty jesteś jak
ostryga,
jak płaz w skorupie
lub jak glista —
przyziemny, mały
egoista!
Nierób! Bumelant i
zakała!
Czy wiesz ty, co ci
Partia dała?
Że gdyby nie Ludowa
Władza,
to ty byś jeszcze w
łapciach chadzał,
a wokół zaś byłyby
błota,
nędza, zabobon i
ciemnota?!
O, bracie! Ty byś za
sanacji
po prostu dostał tu
wariacji!
Drobiazgu miałbyś
szesnaścioro,
zapałkę dzieliłbyś na
czworo,
cały dzień tyrałbyś w
kieracie,
a nocą sypiał w
kurnej chacie!
A teraz, nędzny
obiboku,
powiedz, w czym
mieszkasz?
Mieszkasz w bloku!
A kto tych domów
wzniósł ogromy?
No, proszę, kto
wzniósł? Właśnie — to my!
Co?! Twierdzić
śmiesz, że dziesięć roków
już na mieszkanie
czekasz w bloku,
a mieszkasz na
przedmieściu w norze
z wspólną wygódką?!
Ty potworze!
We łbie ci miesza się
od wódki!
Lat dziesięć to jest
termin krótki!
I jakie będziesz miał
widoki,
gdy zbudujemy
wreszcie bloki!
Ty byś chciał
wszystko mieć od zaraz,
a czy się w pracy
pilnie starasz?
Czy wykonujesz plan z
nadwyżką?
Od tego wszak zależy
wszystko!
I Partia ci powtarza
stale,
żeś swego losu jest
kowalem!
Co więcej,
obowiązkiem twoim
jest w pracy dwoić
się i troić,
bowiem tyś jest
dłużnikiem państwa,
co wyzwoliło cię z
poddaństwa
i ci stworzyło pracy
miejsce,
co jest niezwykłym
dobrodziejstwem!
Lecz twa pazyrność nie zna granic!
O, ty byś chciał mieć
wszystko za nic!
Jęczysz, że tyrasz na
trzy zmiany.
Ty chciałbyś na
dwie?! No, kochany,
doprawdy ty masz
muchy w nosie!
A gdyby trzeba na
zmian osiem?
Dla dobra Polski?...
Dla Ojczyzny?...
Popatrz w swe serce
sam i przyznaj,
że gdy Ojczyzna jest
w potrzebie,
nie żal jej ofiarować
siebie!
A ona w wielkiej jest
potrzebie!
Liczy na ciebie! Wierzy
w ciebie!
Sam kombinezon bym
przyodział,
lecz jest niezbędny
pracy podział.
Gdy jeden wiosłem
macha żwawo,
drugi kieruje wtedy
nawą,
na tym się świata ład
opiera,
że jeden sieje, drugi
zbiera.
Owca się sama nie
ostrzyże,
krowa się nie wydoi sama;
a znów nie ostrzyc —
cóż za męka!;
a nie wydoić — co za
dramat!
Więc kiedy się na
ciebie spojrzę,
boli zarazem mnie i
wścieka,
że ty ojczyźnie swej
najdroższej
nie dajesz pełnej
normy mleka!”
Szmaciak w okropne
wpadł przejęcie,
już w to, co mówi,
wierzy święcie;
na plagę narodowych
przywar
gromami rzuca, pomsty
wzywa,
już nad nieszczęsną
biada Polską,
co znowu staje się
warcholską
i niczym istny
pcimski Katon
ostro rozprawia się z
prywatą.
Straszny ogarnia go
słowotok,
z ust płynie mu wezbrany
potok;
zaklina, drwi,
sumieniem wstrząsa,
aż pysk mu cały
stanął w pąsach.
Kiedy tak Szmaciak
grzmi w ferworze,
Deptała gębę wciąż
rozdziawia,
bo nijak pojąć on nie
może,
o czym sekretarz tak
rozprawia.
Gdy tylko Szmaciak
głośniej ryknie,
to on się kuli przed
tym rykiem
i myśli sobie, że
pewnikiem
nic stąd dobrego nie
wyniknie.
Szmaciak się zmęczył
i zasapał,
wystygł w nim
krasomówczy zapał.
Nastała cisza, a w
tej ciszy
Deptała propozycję
słyszy:
„A teraz, towarzyszu,
może
wy byście tak o
dyrektorze
coś nam powiedzieć
mogli szerzej...
Bo w gruncie rzeczy
ja wam wierzę...
Zdarzają się
przegięcia pały...
Cóż, ustrój mamy
doskonały,
lecz ludzie!... Ba,
nawet i w kadrach
tkwi czasem
obrzydliwa zadra.
Jątrzy, zarazy jest
ogniskiem...
Lecz wy mi teraz
przede wszystkim
powiedzcie, drogi
towarzyszu,
bo już z niejednej
strony słyszę,
że źle się dzieje w
kombinacie,
że wy tam gdzieś
uruchamiacie
lewą produkcję i że
nie kto
inny, a właśnie sam
dyrektor
produkcję wam
narzucił ową...
Wy się nie bójcie!
Daję słowo —
wszystko zostanie
między nami!
Ja także
donosicielami
głęboko gardzę! Ale
wiedzcie,
tu dobro wchodzi w
grę społeczne
i na wysokim swym
urzędzie
muszę to dobro mieć
na względzie!
Mam tu niejedno
doniesienie...
Nazwisk wam
wszystkich nie wymienię,
tyle ich! A więc dla
sprawdzenia
chcę od was także
doniesienia.
Że czujną troskę
wykażecie,
Partia się wam
odwdzięczy przecie!
Zresztą, już wołam Wylizucha!
Wy mówcie, a on
będzie słuchał
i wszystko spisze na
maszynie,
wy podpiszecie zaś
jedynie!
I... jeszcze taka
rada moja:
Nie osłaniajcie
dyrektora!”
Pomysł kretyński, jak
się rzekło.
Lecz skąd nienawiść
taką wściekłą
Szmaciak odczuwał był
do Rurki?
Doili wszak te same
kurki,
szli ręka w rękę, by
się zdało,
a jednak tu nie
wszystko grało.
Poszło o drobiazg.
Lecz drobiazgi
są jak wbijane w
palce drzazgi —
ot, niby fraszka
nieszkodliwa,
lecz jaki ciało ból
przeszywa,
jak wszystkie nerwy
dziko wyją,
gdy pod paznokieć
drzazgę wbiją!
Gdy chcesz genezy
dociec świństwa,
to musisz sięgnąć do
dzieciństwa.
Szmaciak, Maczuga,
Buc i Rurka
biegali razem po
podwórkach
w małym miasteczku,
zwanym Skisłe.
Życie pędzili
niezawisłe,
albowiem chłopców
tych gromadka
w szkole bywała tylko
z rzadka.
Woleli raczej bąki zbijać.
W mieście nie było na
nich kija,
bo byli szkodni,
czelni, sprytni
i mocni w nogach —
nieuchwytni.
Nieraz prawdziwe
polowanie
robiono, by im
sprawić lanie,
lecz nadaremnie, bo
jak lisy
przebiegle były to
urwisy.
Przewodził całej bandzie
Rurka —
postrach straganów,
król podwórka.
Rurka miał umysł
chłodny, ścisły,
więc niebywałe miał
pomysły,
które — przy kumpli
swych zachwycie
zwykł był natychmiast
wcielać w życie.
Z wszystkich eskapad
tych aliści
głównie wyciągał sam
korzyści,
gdyż już wychodził z
założenia,
że jest stworzony do
dojenia.
Maczugę miał za
adiutanta;
był niewątpliwy to
awantaż,
bowiem Maczuga,
raczej matoł,
z wielkich bicepsów
słynął za to,
na wodza przeto mógł
żądanie
każdemu spuścić tęgie
lanie.
Zresztą Maczuga
mordobicie
uwielbiał chyba ponad
życie.
Gdy dopadł w kącie
gdzieś fajtłapę,
to tak mu preparował
japę,
że tamten chodził
cały w guzach.
Toteż go miano za
łobuza.
Buc był ponury,
raczej słaby,
lecz go lubiły za to
baby
z bazaru, bowiem uważały,
że to sierota jest
nieśmiały.
Pupilkiem będąc zaś
bazaru,
miał szczeniak dostęp
do towaru,
a to w rachubach
wodza grało
rolę bynajmniej nie
tak małą.
Ponadto Buc, przy
nikłych kształtach,
potrafił zręczny być
jak małpa.
Ostatni z owej czwórki,
Szmaciak,
żadnemu z kumpli nie
mógł sprostać
w talentach, lecz że
się przyczepił
do bandy, więc i w
bandzie został.
Grubawy, nieco
ślamazarny,
był do ich zabaw
kompan marny.
Łaził tam, gdzie go
nikt nie prosił,
szalenie lubił też
donosić
jednym na drugich.
Gdy się gierka
powiodła, w ślipkach miał iskierki,
a gdy dostawał za to
w ucho,
stawał się strasznym podlizuchą.
Maczuga go traktował
twardo,
Rurka — z ironią i
pogardą,
mierził go, lecz
zarazem śmieszył.
Szmaciak się tym
niezwykle peszył.
Jedynie z Bucem
trzymał sztamę,
gdyż gusta mieli
takie same,
lubili bowiem iść w
ustronie,
do szopy pełnej
pajęczyny,
by w niej ukradkiem
walić konie
przez dwie, a nawet
trzy godziny.
Lecz Szmaciak nad ten
autonierząd
przedkładał był dręczenie
zwierząt.
Więc w stawie żaby
łowił z Bucem,
potem je do ogniska
wrzucał,
by patrzeć, jak se te robole
radzą w odmiennym tak
żywiole.
Kotom przypalał pysk
nad świecą,
wykłuwał ślepia —
niech nie świecą! —
lub też je wiązał za
ogony —
niech ciągną się w
przeciwne strony.
Rurka dręczenie żab i
kotów
miał za zabawę dla
idiotów —
wprost przyprawiały
go o mdłości
te dziwne chłopca
namiętności.
„Z tego się — mawiał
— można zrzygać!
I cóż ci z tego
przyjdzie? Figa!
Lepiej byś zabił i
zdarł skórkę —
lecz co tu gadać z
wiejskim burkiem!”
Raz im na jabłka
przyszła chrapka,
wyprawę robią więc po
jabłka,
lecz nie do sadu, a
na bazar,
bo Rurka wielce lubił
hazard.
Wmieszali się w tłum
gęsty kmiotów.
Rurka dał znak. Buc
był już gotów,
rzuca petardę.
Zamieszanie
robi się wprost
nieopisane.
Tymczasem chłopcy
jabłka wędzą
i ze zdobyczą do bram
pędzą.
Nim tępi chłopi się
spostrzegli,
już znikli gdzieś,
już się rozbiegli.
Ach, goń tu w polu za
wiatrami!
Lecz Szmaciak
pomiędzy wózkami
zaplątał się w czasie
odwrotu
i utknął. Więc
dopadli go tu,
a choć nie zdążył na
straganie
nic zwędzić, straszne
dostał lanie.
Z płaczem powraca na
podwórko.
Tam wielka uczta.
Wesół Rurka
z kradzionych jabłek
pełnym pyskiem,
cynicznie rzuca weń
ogryzkiem
i strasznie szydzi ze
Szmaciaka,
że taka z niego jest
pokraka.
„No, porycz sobie
jeszcze, porycz!”
— Szmaciak straszliwą poczuł gorycz,
zaszył się w kąt i
chlipał cicho.
Wreszcie pomyślał:
pal to licho!
Skurwysyn! Obrzydliwy
drągal!
Najpierw go w niecne
sprawy wciąga,
a potem jeszcze się
nabija,
nawet mi jabłka nie
dał, żmija!
Zaczął obmyślać
zemsty plany.
Na drugi raz, on już
stragany
uprzedzi w porę!
Złapią Rurę,
będą go długo bili w
skórę,
aż tryśnie krew! A on
z ukrycia
będzie się tym
widokiem sycił.
Ale się na to nie
odważył —
już wtedy nie
posiadał twarzy.
Chłopcom już mijał
rok piętnasty,
więc z wolna się
kończyły żarty,
toteż się Rurka wziął
na serio
za dochodową grę w
„trzy karty”.
Ta gra, powszechnie w
świecie znana,
jest doskonała na pejzana,
bo pojąć on nie może
nijak,
że go się w butlę tu
nabija.
Ciągłe się dziwi: „Tfu! do czarta!
A dyć
tu była inna karta!”
Rurka więc wciąż
pieniążki zgarniał,
rzecz jednak się
skończyła marnie,
bo czy ruch jakiś
zrobił błędny,
czy się zamyślił,
dość że nagle
wypadł z rękawa as
żołędny
i musiał szybko
zwijać żagle.
Spalony już był
biedny Rurka.
Usiedli w kącie więc
podwórka
i, co tu robić,
smętnie radzą.
Wtem Szmaciak dumnie
się nasadza
i mówi z głupkowatą
miną:
„Daj mnie, ja teraz
bank potrzymam,
z ochotą na to się
odważę,
bo mnie nie znają na
bazarze!”
Niedbale paląc
papierosa,
Rurka mu z miejsca
utarł nosa!
„Ty męczychujku! Ty wyskrobku!
Najmij się lepiej do wykopków!
Ty obsługiwać chcesz
«trzy karty»?
Ty — taki jołop?
Wolne żarty!”
I zaczął kpić, że
bije pytę,
gdy on już — Rurka —
ma kobitę,
i to kobitę pierwsza
klasa.
To Stefka jest, córka
Kulasa.
Jakie ma nóżki! A cyc
jaki!
Niechaj przyświadczą
mu chłopaki!
I tu mu błyska myśl
genialna,
że Stefka jest wprost
idealna —
co — idealna?! wręcz
marzenie! —
by ją wystawiać na
jelenie.
Tak powstał Rurki z Stefką tandem,
który niestety rozbił
bandę,
bo gdy ją wodza
pozbawiono,
każdy z nich poszedł
swoją stroną.
Galeria „Szmaciaków” – pokolenie
II

Szmaciak się sam po
Skisłem włóczył,
różnych szwindelków się nauczył,
lecz nie był żywot to
wesoły,
przeważnie bowiem
chodził goły.
Lecz wtem — okazja
nadzwyczajna!
Szmaciak odkrywa Apfelbauma,
który nazywa się Jabłkowski.
Odtąd już żywot wiódł
beztroski.
Przechodząc raz ulicą
Szewską,
przypadkiem spotkał
się ze Stefką.
„Cześć! Jak ci leci?”
— i od słowa
zaczęła cała się
rozmowa.
Stefka ma żal, że
Rurka sknera,
i całą forsę jej
zabiera,
a kiedy mu się oddać
wzbrania,
to spuszcza jej
straszliwe lania.
Poszli do Stefki do mieszkania.
Szmaciak ją chytrze
spoił wódką,
jeszcze się
podroczyli krótko
i Stefka wolny
przystęp dała
do sanktuarium swego
ciała.
Dumny z zadanej Rurce
klęski
Szmaciak się poczuł
bardzo męski.
„Obronię przed tym
cię bandziorem!”
Tu Rurka zjawił się
nie w porę.
Rzekł lodowato:
„Proszę bardzo!
Dmuchaj ją sobie,
lecz nie darmo!
Jest na to stała
stawka, bracie!”
Więc Szmaciak jęknął
i zapłacił.
Spotkali się po
latach paru.
Że przez ten czas oblicze
kraju
pod każdym się
zmieniło względem,
związali obaj się z
Urzędem.
Rurka, co nad nim był
w Urzędzie,
mawiał: „Z Szmaciaka
nic nie będzie!”
Gdy ten przybiegał
doń z donosem,
wybrzydzał długo,
kręcił nosem,
wreszcie powiadał:
„To zbyt miałkie!
To się nadaje na
podpałkę!
Wiecznie ten klecha!
Do znudzenia!
Pewnie ci nie dał
rozgrzeszenia
za to, że w kwiecie
swej młodości
waliłeś konia bez
litości!”
Szmaciaka jednak nie
przepędzał.
I tak się tej
współpracy przędza
snuła przez lata. Wtem
kataklizm —
wszystko zatrzęsło
się i wali!
Straszliwa czystka
jest w Urzędzie
i Rurkę z trzaskiem
szef wywalił.
Szmaciak z opresji
się wywinął,
szafując zręcznie
wazeliną,
potem, jak wiemy,
poszedł w górę,
dla Rurki czasy zaś
ponure
nastały. Musiał
zwiewać z Skisła,
bo straszna chmura
nad nim zwisła.
Sadysta! Zbir! Zły
duch Urzędu!
Nie miano dlań
najmniejszych względów.
Szef, co mu dawał
dyrektywy,
uderzył zaraz w ton
płaczliwy,
krzyczał, że się
pozbawi życia,
bo Rurka robił
nadużycia.
Więc choć sam kazał
łamać kości,
najmniejszych nie
miał stąd przykrości,
po latach zaś oklaski
zbierał,
że humanista i
liberał.
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II

Rurka pyzieje na posadce
i sennie się nad
biurkiem kiwa,
gdzie nudne tkwią specyfikacje
—
wtem Szmaciak go do
Pcimia wzywa.
Cóż znaczy gest ten
niepojęty?
Czemuż nie szukał nad
nim zemsty?
Czyżby aż tak był
wielkoduszny,
że złe zapomniał, że
przebaczył?!
Ach, my to między
bajki włóżmy,
bo było całkiem to
inaczej!
Szmaciak porobił
wielkie długi,
będąc zaś sekretarzem
drugim,
bał się, iż może do Wardęgi
dojść, że sfałszował
sprytnie księgi,
i ten przepędzi go z
hałasem,
a może także i ciupasem
odstawić każe do
więzienia.
A że talenty Rurki
cenił,
liczył, że Rurka mu
za awans
pomoże zatuszować
sprawę.
Rurka, którego plan
nad plany
z pobytem w Pcimiu
był związany,
wysłuchał go i rzekł:
„Wynika
z tego, że czas
wykończyć pryka!”
Więc ryć poczęli pod
nim doły.
Wardęga, który do tej pory
z taką chytrością się
nie spotkał,
z łatwością wpadał
tam do środka.
Wardęga, człek podeszły w
laty,
był komunistą starej
daty
i słyszeć nie chciał
nic o komach,
toteż podpadał wciąż
u Gnoma.
Co więcej, stary
kapepowiec,
uważał, że Gnom na manowiec
sprowadza całe
społeczeństwo
i że pragmatyzm to
błazeństwo,
że jest głupotą stanu
racja,
bowiem jest ważna
integracja,
a już za objaw miał
sklerozy,
że nie powstają tu
kołchozy.
„Do licha — mawiał —
ten król kmiotów
socjalizm cały zepsuć
gotów!
Zawsze był z niego
niedołęga,
do pięt mi nawet nie
dosięgał.
Miał rację Warski i Leszczyński,
że tu potrzebny jest Dzierżyński,
albowiem bez żelaznej
miotły
wszystko rozniosą
ciemne kmioty,
szczute przez kler i
czarną sotnię,
i już niczego się nie
dopnie,
bo zamiast
elektryfikacji
powstają rządy
ochlokracji!
Już wstrzymał, dureń,
szereg budów,
więc cóż o rządach
mówić ludu?!
Gdzie spojrzeć,
wszędzie sklepikarze
swe czelne pokazują
twarze,
najbardziej zaś w tym
wszystkim wścieka,
że właściwego brak
człowieka,
i to nie tylko u nas
w kraju,
lecz i na wschodzie,
w cudnym raju!”
I w oku zaraz łza mu
szkli się,
a z piersi jęk wyrywa
skargi,
bo mu czerwieńsze się
od wisien
przypominają wodza
wargi.
„Jak oni Go
potraktowali !„
— myśli z goryczą.
Lecz się fali
bólu nie podda. Choć
weteran,
będzie swe wszystkie
siły zbierał,
aby szaleństwu stawić
czoła.
Choć wie, że wiele
sam nie zdoła,
lecz w końcu wyda
rezultaty
przykład, który tu
dał przed laty!
Dla naszych zuchów to
wprost gratka
za wroga mieć takiego
dziadka.
Toteż go Rurka bez
kłopotów
dokoła palca wnet
omotał.
Rurka wnet pojął, że
pryk stary
pyszny i próżny jest
bez miary,
że zaś cechuje
autokrację
to, iż chce ona wciąż
mieć rację,
i ten, kto nie chce
wejść we wtór jej,
straszliwe wywołuje
furie,
w zanadrzu plan miał
cały gotów:
skłócić ze sobą dwóch
despotów.
Większy mniejszego
wtedy zetrze
i czasy wnet nastaną
lepsze.
Zaczął podjudzać więc
Wardęgę
na Gnoma — tego
niedołęgę:
że chłopom daje on
nawozy
zamiast powsadzać ich
do kozy,
przez co nasz główny
cel — kołchozy —
w odległą przyszłość
się oddala,
że kapitalizm wręcz
utrwala,
bowiem pozwala mieć
walutę
ustrojów, które są
zepsute,
że zamiast tępić
wrogie stonki
ma w głowie pokos i
kiszonki.
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Hilary Minc
I
— co zakrawa już na faszyzm —

zaczął popierać w
kraju naszym
produkcję
drobnotowarową,
ową straszliwą
tysiącgłową
hydrę ohydnych
badylarzy,
co o sanacji rządach
marzy.
W dodatku, jak się
stale słyszy,
tępi szlachetnych
towarzyszy,
bo Berman oraz Minc Hilary,
ludowej władzy dwa
filary,
leżą strzaskane Gnoma
ręką
i nawet im nie wolno
jęknąć!
Ach, jak tak wszystko
pójdzie dalej,
to się socjalizm nam
zawali!
Stąd obowiązkiem jest
Wardęgi
śmiała krytyka
niedołęgi!
Wardęga wnet w to wszystko
wdał się,
zaczął na Gnoma
grzmieć publicznie,
a Rurka tylko z tego
śmiał się,
do KC śląc donosy
liczne.
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie I Jakub Berman
Lecz
Gnom, czy że miał sentymenta

dla swoich dawnych
towarzyszy,
czy że go śmieszył
wprost Wardęga —
nic o dymisji nie
chciał słyszeć.
Złościł się,
wrzeszczał, tupał nogą
lecz w końcu rzekł:
„Zostawmy no go!
A gdy się jeszcze raz
wychyli,
wyleci z Pcimia w
jednej chwili!”
Wydarzeń rozwój
dzielnym sprzyjał,
Gnom bowiem z Bagnem
zawarł sojusz.
Pomyślał Rurka: „No,
mam kija!
Teraz to ja załatwię
go już!”
konflikt na Bliskim
wybuchł Wschodzie.
Choć wywołali go Arabi,
cały soc krzyknął: „Żyda zabij!,
bo to ohydny jest
agresor,
który wbrew naszym
interesom
miast dać się zjeść w
sosie harissa,
śmie swego państwa
bronić dzisiaj!”
W przedziwnej
analogii z Gnomem
Wardęga miał Żydówkę żonę.
Był szósty czerwca i
Sabiny
w dniu tym wypadły
urodziny.
Jak zwykle, było u Wardęgów
przyjęcie dla
partyjnych kręgów,
był więc i Rurka ze
Szmaciakiem.
Szmaciak obżerał się
ze smakiem,
bo pipek, karp,
pieczeń z gęsiny
ambicją były wprost
Sabiny,
dzielnie też
pejsachówkę doił,
więc żeby całkiem się
nie spoił
— iż innych ważnych
względów zresztą —
pomimo krzyków i
protestów,
że to jest pora dla
dziecięcia,
Rurka wyciągnął go z
przyjęcia.
Gdy go holował przez
ulice,
Szmaciak przyjęciem
się zachwycał:
„Przyjemnie było u
Żydówki!”
Rurka mu na to: „Ty
półgłówku!
Ty chyba nie wiesz,
co tu gra się!
Wardęgę kończym
w krótkim czasie!”
I mu tłumaczy nie bez
trudu,
jak dokonają tego
cudu.
Depesza pędzi już do
Gnoma:
„WARDĘGA - ZDRAJCA
(punkt i koma)
WYPRAWIŁ BAL I AŻ DO
RANA
TOASTY WZNOSIŁ ZA
DAJANA
OBECNI BYLI (punkty
dwa tu)
PAWLAK Z PZG, SZWARC
Z POWIATU
A Z PRN-U PYC I
PACIAK
NA DYREKTYWY CZEKAM -
SZMACIAK”.
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II

Gdy tak Wardęgę z politycznej
sceny usunął w sposób
dzielny,
w megalomanię popadł
Rurka
i zaraz zrobił się
bezczelny.
Kpił ze Szmaciaka w
żywe oczy,
a gdy się ten na niego
boczył,
to mówił doń: „Zakuta
pało!
Czy wiesz, co by się
z tobą stało,
jeślibyś we mnie nie
miał druha?
Do dziś byś jeszcze
konia ruchał,
a przed Wardęgą, tym pierdołą,
jak małpa skakałbyś
wokoło!
Więc przestań krzywić
głupi pysk swój
i mnie ucałuj, a nie
pyskuj!”
Tu Szmaciak padał mu
w ramiona
i wołał: „Chłopie,
niech ja skonam!
Chociaż masz ozór
zadzierzysty,
to my — kamraty! Vivat Skisłe!”
Lecz choć był
Szmaciak tak otwarty,
z wolna zaczęły Rurki
żarty
zachodzić mu za grubą
skórę;
a wraz z tym myśli
też ponure
zaczęły mu się we
łbie lęgnąć,
że Rurka może władzy
sięgnąć,
że go oszukać chce
jak nieraz,
że to jest chciwiec,
łotr i sknera,
że go kantuje przy
podziale
dochodów z kombinatu
stale,
że jest podstępnym,
groźnym gadem,
co zawsze knuje fałsz
i zdradę.
I zaczął przemyśliwać
nad tym,
jak by się pozbyć
tego drania,
lecz przychodziły mu
do głowy
tylko banalne
rozwiązania:
nóż w plecy lub do
władzy donos.
Tu jednak wciąż
ostrzegał go nos,
że choć wilk nosił
razy kilka,
to poniesiono też i
wilka
i że ma Rurka też
atuty,
żeby mu za to uszyć
buty.
Westchnienie przeto z
siebie wydał:
„Ach, drugi Rurka by
się przydał!”
Nie mogąc nic
wymyślić z sensem,
męczył się jak ze
złym koszmarem,
aż się zdarzyły dwa
afronty,
co przepełniły pełną
czarę.
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II
Pierwszego
doznał nie od Rurki,

lecz od Marylki, jego córki.
Marylka, piękna Rurki córka,
w wir uciech
płciowych dała nurka
i tak ten żywioł
pokochała,
że bez ustanku
nurkowała.
Toteż w playboyów pcimskich
gronie
inaczej nie mówiono o
niej
jak „Majka-Dmuch” lub
„Majka-Rura”,
lub też po prostu: „Szał-nie-dziura”.
Puszczała się jak
wszyscy diabli.
Ku oburzeniu też
notabli
puściła z młodym się Wardęgą—
chłystkiem, co
ślęczał wciąż nad księgą.
We łbie miał mętlik
ten Wardęga—
nie pił, nie palił,
tylko gęgał,
przez co w aferę
szybko wdał się
antypaństwową.
Szmaciak śmiał się,
patrząc, gdy stary
jak w ukropie
zwija się, by ratować
chłopię.
„Nie to — pomyślał
—jak mój Józek!
O, ten to ma już
chody duże
i w MSW, i na
uczelni!
Bo to są Szmaciakowie dzielni!”
Lecz chęć zdobycia
tej Marylki
spokoju mu nie daje
chwilki.
Jak o największej
myśli frajdzie,
żeby poskakać na tej srajdzie.
Niedawno opowiadał Zdzisiek:
„Te małe są najlepsze
dzisiaj!
Bracie — powiada —
niech jak skonam —
to nie ty ją, lecz
ciebie ona!
A takie znają mnóstwo
figur,
że się po prostu we
łbie miga!”
Wkrótce nadarza się
okazja,
bowiem u Rurków jest kolacja,
a po kolacji się
zaczyna
sławny mecz Polska—Argentyna.
Zasiedli przy
telewizorze.
Rurka usiedzieć
ledwie może,
straszne ogarnia go
przejęcie —
że Polska wygra,
wierzy święcie.
Szmaciak, co siadł
koło Marylki,
spokoju nie ma ani
chwilki.
Marylka jest w sukience
mini,
Szmaciak się z podniecenia
ślini,
tak niebywale go
podnieca
ten krągły biust, ta
krótka kieca.
Tymczasem na małym
ekranie
straszne odchodzi
przepychanie,
bo nikt nie może
strzelić gola —
ni Argentyńczyk, ni
też Polak.
Pod bramkę ciągnie z
piłką Żmuda.
Ach! musi, musi mu
się udać!
Lecz oto nagle mu Gonzalez
znienacka z prawej
strony zalazł.
Odbiera piłkę, pędem
leci,
za nim Lubański, Corzo — trzeci,
przejmuje piłkę od Gonzala
i ją kieruje do Epsteina —
ach! waży się
zwycięstwa szala!
I nagle — rany!
Nadzwyczajne! —
To pięknym rajdem Gmoch się wdziera
pomiędzy nich, piłkę
odbiera...
Galeria
„Szmaciaków” – pokolenie II
Wszystkich
porywa ten rajd Gmocha,

tylko Szmaciaka ani
trochę,
bo mózg zajęty ma
czymś innym
i nagle — ruchem
jakże gminnym —
znienacka Majkę za
najlepszą
część jej damskiego
ciała złapał.
„Spieprzaj z łapami,
stary wieprzu!”
— syknęła, bijąc go
po łapach.
Strasznie Szmaciaka
to ubodło.
Ach, zgnoiłby tę sukę
podłą!
Ale, niestety, są
układy,
a na układy nie ma
rady!
Tymczasem w kuchni
kłótnia wielka
wybuchła. Szmaciakowa Helka
za łby się wzięła z
Rurki żoną—
ledwie te baby
rozdzielono!
Tak jak to bywa w
damskim świecie,
spór cały zaczął się
od dzieci.
Helka zaczęła od
przechwałek,
jakie pociechy ma
wspaniałe,
jak Józek radzi sobie
świetnie,
jak kończy studia
wieloletnie,
właśnie zapisał się
do partii.
O Lilkę także się nie
martwi,
bo jest wzorowa
uczennica,
nie jakaś siksa, latawica! —
Tu jadowicie na
Rurkową
spojrzała. Ta jej
wpadła w słowo:
„Nie dziw, że pęd ma
do uczenia,
bo całkiem brak jej
powodzenia —
taka jest tłusta i
niemrawa!”
— „A twoja wszystkim
się nadstawia!” —
krzyknęła wściekle Szmaciakowa.
No i od tego poszło
słowa;
już straszny krzyk,
we włosach palce,
w nieubłaganej dyszą
walce,
z odsieczą już
panowie pędzą,
lecz jak dać radę
takim jędzom!
Z trudem je
rozdzielili wielkim,
Szmaciak do wyjścia
ciągnie Helkę,
a ta nogami się zapira
i krzyczy: „Zdzira!
Zdzira! Zdzira!”
Ledwo ją wyprowadził
za drzwi.
Tam szlochy, krzyki i
wariacje.
By ją do domu
wreszcie dowlec,
zrobił jej tęgi
schabów oklep.
Wrócili więc w
humorze kwaśnym.
Szmaciak się kładzie,
rad by zasnąć,
lecz Helka w łóżku mu podtruwa,
że ta Rurkowa to Żydówa,
a córka ich to zwykła
kurwa,
że chyba się z
choinki urwał,
jeżeli ufa takim
parchom...
Szmaciak jej sennie
coś odwarknął.
Lecz w duszę mu
zapadły słowa,
bo wielką złość do
Majki chował.
Choć afront tej
ohydnej bladzi,
co całkiem z nerw go
wyprowadził,
Szmaciak by mógł
znieść jeszcze z bólem,
to cóż z tym małpim
zrobić królem,
istnym demonem
złośliwości,
który... nie,
Szmaciak tej przykrości,
co tam — przykrości,
tego noża,
który mu w serce wbił
podstępnie,
nie, tego nigdy nie
wybaczy
i pomści to lub z
furii pęknie!
Złośliwość to nie
byle jaka!
To tak, jak by ci
pacan bez dna,
co nic się na fair-playu nie zna,
poniżej pasa dał
kopniaka!
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II „Ludzie honoru...”, czyli
profesor „drogi Bronek” w przyjacielskiej pogawędce z Kiszczakiem

Raz — tak jak do szlachcica-brata
—
zajechał sąsiad
autokrata.
Szmaciak go wita,
sadza w sanie
i wiezie go na
polowanie.
Podszedłszy chytrze
pod karmniki,
ubili z miejsca
cztery dziki,
więc w doskonałym są
humorze.
Pogoda rzeźwa, mróz
na dworze,
trochę się przechadzali
w borze,
lecz ich natury
spokój znudził —
do miasta czas już,
między ludzi!
U Rurków
dzisiaj jest przyjęcie.
Przyjęcia Rurków mają wzięcie,
ceni miejscowa je
elita,
więc autokrata tam
zawita.
Już siedzą wszyscy
przy kieliszkach,
na stole szampan,
„żyto”, pliska,
do tego jest pieczone
prosię —
ucztują, gwarzą i
śmieją się.
Gdy się już spili
autokraci,
jak zwykle u
szlacheckiej braci
zaczęły straszne się
przechwałki,
kogo herb lepszy,
kogo — pałki.
Dziś bowiem u
partyjnych w modzie
jest pleść koszałki o
swym rodzie,
gdyż ci zaciekli
demokraci
lgną strasznie do
arystokracji.
Wpierw szarże były
wielkim szykiem,
lecz dziś z nich
każdy — pułkownikiem,
przejadł się także im
doktorat,
więc na tytuły
przyszła pora.
Pragnąc poniżyć pana
brata,
podochocony autokrata
zaczął podbijać mu
bębenka,
że jego żona z domu Pękal:
„Wiecie — Pękale herbu Walec”.
Lecz Szmaciak tu nie
pękał wcale,
bowiem na imię miał
Waldemar
i ze czymś lepszym
jest, też mniemał.
Rzucił więc jakby od
niechcenia,
że ziemiańskiego
pochodzenia
i że dzieciństwo
spędził w dworze...
Rurka, co dotąd fason
trzymał,
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II Marek Borowski
vel Berman
wybuchnął
śmiechem, nie wytrzymał

i rzekł zjadliwie:
„Czyż być może?
Odkąd to dworem jest
chałupa?
Patrzcie go: Szmaciak
herbu Dupa!”
I opowiadać
autokracie
zaczął facecje o
kamracie.
Widząc, że mąż popełnił
faux-pas,
Rurkowa chce zagadać
chłopa,
lecz są daremne dobre
chęci,
bo już zepsute jest
przyjęcie.
Szmaciak ma twarz
koloru śniegu.
Nagle się zrywa i
wybiega,
trzaskając drzwiami z
furią wściekłą,
w oczach ma łzy, a w
duszy — piekło!
O, bo są takie duszy
piekła,
którym fizyczne nie
dorówna!
Spróbuj przypomnieć
Szmaciakowi,
że nie jest orłem,
wylazł z gówna!
Tylko się potem nie
dziw, bracie,
gdy cię w ulicy
ciemnej stukną
lub też w UB na
przesłuchaniu
będą cię dźgali w
nerwu włókno!
Nie zapomina się tych
rzeczy!
Ba, nawet czas ich
nie uleczy,
bo przy nich kompleks
mieć Edypa —
to bułka z masłem, pic i lipa!
Lecz już godzina
zemsty bije —
Szmaciak ma na
patelni gada
i wnet donosem mu
Deptały
śmiertelne uderzenie
zada!
Już konsekwencji się
nie boi,
bo cóż mu zrobią,
mili moi?
Maczuga iść tym samym
torem
musi, bo także jest
wmieszany
(Szmaciak poluje z prokurorem),
a Buca przyprze się
do ściany
(z prezesem sądu
grywa w oko,
i to w dodatku jak
wysoko!)
O, Rurka, ty już nie
masz lotów!
Jesteś umarlak!
Jesteś gotów!
Więc jednak się
znalazła rada!
Tej dziwce zaś już
bobu zada!
Ach! weźmie ją pod
obcas buta!
Będzie mu, ścierwo,
ciągnąć druta,
będzie, rozdziana do rosołu,
tańczyła tu, na
środku stołu,
pośród kieliszków i
półmisków
i Szmaciak spierze ją
po pysku,
po tej jej
wyszczekanej japie,
jeśli coś stłucze lub
rozchlapie!
Takie to mściwe snuł
marzenia,
lecz żywioł życia
wciąż się zmienia.
Gdyż okazuje się, że
Rurka
nie tylko ślęczał
przy swych kurkach,
ale załatwiał ważne
sprawy —
i dziś telefon jest z
Warszawy.
Słuchawkę podejmuje Stefa
i mówi szeptem: „To
od szefa!”
Szmaciak poprawia
szybko krawat,
na baczność przed
słuchawką stawa,
bierze ją w rękę,
drży mu ręka,
poci się, krztusi,
wreszcie stęka:
„Tak, Szmaciak,
słucham?” — wzdycha z ulgą,
bo w odpowiedzi
słychać bulgot,
a potem cisza... lecz
po ciszy
nieubłagane „Łączę!”
słyszy.
Szmaciak się do
słuchawki kłania:
tak, zawsze był
takiego zdania...
zaraz wykona...
osobiście...
Co? Rurka nie był na
tej liście?
Przeprasza, kaja się
szalenie...
Tak, niewątpliwie
przeoczenie...
ukarze winnych.., sam
to wyśle...
co? ma nie karać?...
oczywiście,
właśnie tak sądził...
nie rozumie...
więc jednak karać?...
coś tu szumi...
co?... jemu w
głowie?... nie! na linii...
tak!... tak!...
poniosą karę winni!
pisma nie wyśle... do
nóg pada! ... —
Słuchawkę, pocąc się,
odkłada.
Jeszcze mu trochę
drżą kolana —
na szczęście burza
zażegnana!
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II Lech Nikolski
– EuroSzmaciak
i agent SB Aleksandra Jakubowska - łapówkara

Dziwna to rzecz: bo
chociaż Szmaciak
nieokiełzanym jest
tyranem,
to zawsze ma on mokro
w gaciach,
ilekroć staje przed
swym panem.
Podwładnych swych za
lada sprzeciw
zmiażdży, rozszarpie
na kawały,
ale na myśl, że pan
brwi zmarszczy,
robi pokorny się i
mały.
Jakiś atawizm
tajemniczy
musi się kryć w tym
wszystkim na dnie —
on z niższym nigdy
się nie liczy,
przed wyższym zawsze
na twarz padnie!
Owszem, obszczeka go
na boku,
a nawet nóż mu w
plecy wbije —
lecz gdy się nagle
pan odwróci,
Szmaciak już czołga
się i wije.
Ach, bo to tylko są
pozory —
ten absolutyzm samozwańczy!
Szmaciak jest w głębi
duszy sługus
i tak, jak zechce
pan, zatańczy!
Chcecie wyjaśnień?
Bardzo proszę!
Rurka niezwykle w
górę poszedł,
bo gdy kapnęła się
centrala,
że gospodarka im
nawala
i bigos może być nie
lada,
mądrale, tkwiący
wciąż przy biurku,
do specjalistów się
od kurków
zaczęli zwracać po
poradę.
Gdy Rurka dostał
nominację,
to się skończyła
animozja.
Szmaciak uznaje
wyższe racje
i wie, że dalej tak
nie można.
Omal nie cmoka Rurki
w mankiet,
wydaje pożegnalny
bankiet,
zamawia chór „Wesoła Bździna”,
hej, łza się kręcić
już zaczyna!
I na bankiecie, po
toastach,
kiedy wybiła już
dwunasta
i wszyscy mieć
zaczęli w czubie,
mówi do Rurki: „Tak
cię lubię!
Tak rad bym ci
przychylić nieba,
jeżeli zaszłaby
potrzeba.
Na dowód, jak cię
kocham, druhu,
pokażę dzieło ci
złych duchów,
co chciały złamać ci
karierę!
Lecz znasz uczucia
moje szczere —
wsadziłem świństwo na
spód biurka,
zawsześ mi był
najdroższy, Rurka!”
I pokazuje Rurce
papier
pełen kulfonów,
strasznych błędów:
„Popatrz, to jest
Deptały donos,
mógł przecież trafić
do Urzędu,
lecz ja podszedłem
chytrze chama
i to plugastwo w ręku
mamy,
a że dziś bankiet
pożegnalny,
więc je publicznie
tutaj spalmy!”
Rurka nie wierzył ani
słowu,
lecz Szmaciakowi
podziękował,
pomyślał tylko sobie
w duchu:
„Ty skurwysynu! Ty
świntuchu!
W ładną byś wciągał
mnie kabałę!
Niestety! Rączki masz
za małe!
Chętnie bym cię po
mordzie łupnął,
lecz strach dotykać
takie gówno!”
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie II Jerzy Wiatr

Na tym ten rapsod o
przyjaźni
możemy już zakończyć
śmiało.
— No dobrze, dobrze!
— wykrzykniecie
ale co stało się z Deptałą?
Ach! któż to wie?!
Czy to jest ważne?
Lepiej pilnujmy
sprawy własnej.
Może mu na łeb spadła
blacha?
Może ktoś w bójce go zaciachał?
A może, całkiem tak
po prostu,
po pijanemu zleciał z
mostu?
Dość, że słuch po nim
gdzieś zaginął,
lecz wierzcie, nie
jest to mą winą.
Uff! Wreszcie
koniec retrospekcji!
Już się podnosił głos
obiekcji,
że dość tych ględ!
Jak długo można?!
Że to jest jakaś
mania zdrożna,
te skoki w bok! Więc
właśnie kończę
i już, jak dwa
bieguny, łączę
początek z końcem
opowieści...
W głowie Szmaciaka
się nie mieści,
jak powstać mógł tak
straszny skandal.
Przeklęta gryzipiórów banda
wpuściła czerń do
Komitetu!
Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!
Słyszy spokojny głos
Deptały:
„Próżno ich wołasz!
Te zakały
poszły już tam, gdzie
wy pójdziecie,
bo sprawiedliwość
jest na świecie
i choć myślałeś, żeś
ją spętał,
ona powstaje nieugięta,
by cię dosięgnąć
swoim mieczem —
przestań więc szumieć
już, człowiecze!”
Gdy mówi tak, jedyne
oko
zaczyna błyszczeć mu
złowrogo.
Szmaciak się kuli pod
tym wzrokiem,
poci się, blednie,
łypie w boki —
ach, może już
nadchodzi odsiecz,
może Maczuga wnet tu
dotrze
z swych dzielnych
chłopców rotą śmiałą,
która porządek zrobi
pałą!
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie III EuroSzmaciak – Wiatr Sławomir – SB-ek „agitator”

„Swych wiernych nie
wypatruj zbirów! —
słyszy znów groźny
głos Deptały —
Dzień sądu jest! Więc
się te zuchy
do mysiej nory
pochowały!
Ty, bracie, lepiej
odmów pacierz,
bo próżno ci
testament robić —
przepadło zagrabione
mienie
i czas do śmierci się
sposobić!
Nadchodzi wreszcie
czas zapłaty —
za wyzysk, nędzę, za
cierpienia,
za nasze połamane
gnaty
i życie pełne
poniżenia;
za to, że pierwsza
lepsza świnia
mogła pomiatać tu
człowiekiem;
za to, coś ze mną ty
wyczyniał,
gdyś mnie katował
przed ćwierć wiekiem;
za to, żeś razem z
swym kompanem
wyciskał siódme poty
ze mnie;
za to, żem jak wół
tyrał, aby
kanaliom żyło się
przyjemnie,
i za to jeszcze, żeś
podstępem
unurzał w błocie mnie
i zgnoił,
zmuszając, abym pisał
donos —
zapłacisz dzisiaj
życiem swoim!”
Szmaciak się przeląkł
nie na żarty,
zrozumiał: idzie tu o
życie,
więc na kolana padł i
błaga:
„Wy tego przecież nie
zrobicie!
Jam jest niewinny!
Jam chciał dobrze,
lecz ciągle mnie
zmuszali ONI!
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie III
Jakże
IM mogłem stawiać opór,

kiedym pistolet miał
przy skroni?!
Zrozumcie, bracia, w
tej podłości
inni szatani byli
czynni!
Nie miecz karajcie, ale rękę —
to ICH karajcie, ONI winni!”
Robole, którzy wraz z
Deptałą
się znajdowali w
Komitecie,
ryknęli na to gromkim
śmiechem,
a Szmaciak: „Czego
się śmiejecie?”
Odrzekli mu wesołym
chórem:
„Przestań te brednie
pleść ponure!
Bo z nas nie zrobisz
już idioty,
my dobrze wiemy: ONI
— to ty
oraz podobne tobie
bydło!
A że nam już
doszczętnie zbrzydło
poić krwią własną
takie trutnie,
rzeźnik ci zaraz
głowę utnie!
Rzeźnik, nie kat —
boś ty jest świnią!
A potem z ciebie tu
masarze
pęta kiełbasy wnet
uczynią,
które sprzedamy na
bazarze
po znacznie obniżonej
cenie.
Mięsa jest dzisiaj
brak szalenie
i mówi o tym się bez
przerwy,
że wykorzystać trza rezerwy!”
Szmaciak chce
zemdleć, lecz nie może
i słyszy, jak już
ostrzą noże!...
Tu się na szczęście
ze snu zbudził.
Ostrzenia dźwięk,
który go złudził,
to tylko terkot
telefonu.
Szmaciak na poły
rozbudzony
przykłada słuchawkę
do ucha
i machinalnie mówi:
„Słucham?!”
Dzwoni Maczuga, pełen
werwy:
„Waldek!
Ja dzwonię tu bez przerwy
chyba godzinę! Co
jest, bracie?! —
Wy dzwonków już nie
odbieracie?
Słuchaj — powiada
—już jest klawo!
Porozumiałem się z
Warszawą
i proszę! Są golędziniacy!
Chłopie! Jak oni się przy
pracy
zwijają! Lecą tylko
wióry!
Pały, jak w bęben,
walą w skóry!
Ale dostają tu po
głowie!
Powiada jeden mi
kapitan:
«Zrobim
im taką ścieżkę zdrowia,
że się odechce żyć
bandytom!»
Bo oni to w szeregu
pranie
zwą ścieżką zdrowia —
fajne dranie!”
Szmaciak mu tutaj w
słowo wpada,
lecz będąc na pół
rozbudzony,
sam dobrze nie wie, o
czym gada,
lecz tylko ryczy jak
szalony:
„Bijcie ich,
sieczcie, rżnijcie! Śmiało!
Po zębach, nerach i po kroku!
Ale rozprawcie się z Deptałą!”
„Waldek, tyś chyba jeszcze
w szoku!
— w słuchawkę krzyczy
mu Maczuga —
albo wariata ze mnie
strugasz?!
On zmarł wszak
ubiegłego roku!”
Przyjemnie słyszeć
prania rumor
chociażby i uszami
duszy.
Szmaciak więc znów
odzyskał humor
i ku lodówce żwawo
ruszył.
On elegancję dziś
chromoli!
Więc wprost z butelki
wódę goli.
Przez dłuższą chwilę
słychać gulgot,
Galeria „Szmaciaków” –
pokolenie III
a
potem Szmaciak wzdycha z ulgą.

Lecz choć odporne są
Szmaciaki
i mogą wchłonąć wódy
morze,
istnieje punkt krytyczny
taki,
po którym Szmaciak
też nie może.
Wtedy zjawiają się
majaki,
roją się wokół białe
myszki,
a pysk robi się
fioletowy
i ma się skłonność do
zadyszki.
I oto mu się nagle
jawią
upiory wykończonych
istot,
niektóre z nich wciąż
jeszcze krwawią,
inne czuć ziemią i
zgnilizną.
I napierają groźnym
tłumem,
rąk martwych
wyciągając szpony,
obłędny strach za
gardło chwyta
i Szmaciak ryczy jak
szalony.
Cofa się, ale
nadaremnie,
bo oni idą zwartą
ławą,
ze wszystkich stron
go osaczyli
i zaraz mścić się
będą krwawo.
Szmaciak zastawia się
meblami,
oni na wskroś przez
meble kroczą,
wali po łbach żelazną
sztabą—
oni się nawet nie
zatoczą.
Na twarzy czuje lekki
dotyk,
jakby tam końska
mucha siadła.
Ach! Bo to nie są
zwykli ludzie,
ale wyzute z sił
widziadła.
Już zbliża się
upiorny koniec,
już nie ucieknie im,
nie ujdzie —
i Szmaciak zaczął wyć
tak strasznie,
że się z okolic
zbiegli ludzie.
Zadzwonił ktoś po
pogotowie.
Kto? Tego nikt się
już nie dowie.
Wchodzą dwaj rośli
pielęgniarze,
mają kamienne tępe
twarze,
w zbędne nie wdają
się gadanie,
biorą go w chwyt. Już
jest w kaftanie.
Szmaciak odjechał na
sygnale,
lecz na tym się nie
kończy wcale,
bo następnego dnia
powraca.
Czeka go ciężka,
trudna praca.
Komitet przeniesiono blisko.
Prowizoryczne ma
siedlisko
w gmachu Komendy
Powiatowej
MO. W swym nowym
gabinecie
Szmaciak posępny i
surowy
protokół z zajść w
paluchach gniecie.
Za strach, za smak
upokorzenia
zapłaci czelna mu
hołota
i będzie dotąd gnić w
więzieniach,
aż z niej zostanie
kupa błota!
Zaś tym, którzy
zostaną tyrać,
ach! lepiej by już
umierć,
bo w takie wtłoczy
ich wędzidło,
że przez sto lat nie
zipnie bydło.
Tak sobie Szmaciak
mściwie roi.
Na korytarzu zaś już
stoi
podwładnych tłum, aby
bez zwłoki
stosowne zaraz podjąć
kroki,
gdy tylko wódz
rozkazy wyda.
Są to: milicji szef—
Maczuga,
pan prokurator — Jan
Szaruga
i bardzo tłusta biała
gnida,
prezes powiatowego
sądu.
EPILOG
w formie kupletów,
śpiewanych przez chór rozentuzjazmowanych czytelników
Wszystko się jednak
dobrze kończy,
chociaż się mogło
skończyć źle!
Choć straszne rzeczy
się zdarzyły,
lecz się zdarzyły
tylko w śnie!
Wszystko się jednak
dobrze kończy,
bowiem się nie
zdarzyło nic!
A to straszliwe
zagrożenie
to tylko humbug był i
pic!
Wszystko się jednak
dobrze kończy,
bo choć tragiczny
powiał dech,
tragedia się zmieniła
w farsę,
a przerażenie w
gromki śmiech!
Wszystko się jednak
dobrze kończy,
chociaż się w oku
kręci łza!
Z ufnością patrzmy w
mętną przyszłość,
bo przecież wszystko
nadal trwa!
Wszystko się jednak
dobrze kończy,
bo kończy się
triumfem zła!
Niech żyje Szmaciak!
Hurra! Hurra!!
A przed autorem — chapeaux bas!
1977
P.S
Galeria „Szmaciaków” przedstawia tylko promil owych „już trzech
chyba pokoleń” wyhodowanych przez PRL i jego obecną pookrągłostołową
mutację – ot, kilka wybranych postaci, co to „zasługi tyż
mieli niamałe” w budowaniu „Szmaciaklandu”
i pilnowaniu „zdobyczy, które im zabrać mogą”.
przeczytałeś jako